niedziela, 26 marca 2017

Pani Wiosna z Shinybox, czyli zrozum kobietę

Mam wrażenie, że na wiosnę czekamy już wszyscy. Pierwsze promienie słońca co prawda zaczynają przebijać się przez chmury, ale tak naprawdę w mojej okolicy chyba typowo ciepłego dnia jeszcze nie było... Może w tym tygodniu...? W tym czekaniu postanowił wspomóc nas Shinybox wypuszczając marcowe pudełeczko o nazwie "Pani Wiosna". Zostało ono wprawdzie wyprzedane już przed premierą, ale teraz możemy zamawiać edycję o nazwie "Spełnij Marzenia" :) Jedna i druga nazwa brzmi chyba tak samo świetnie :D Wracając jednak do tematyki marcowego boxa, co tym razem się w nim znalazło? Jak wyglądała moja wersja? Zapraszam do oglądania!
Gwiazdą pudełeczka z pewnością jest Serum do Rzęs Lash Volution. Jeszcze nie miałam okazji go stosować, ale trochę o nim czytałam i opinie na jego temat są dobre, więc z chęcią je wypróbuję. Zawiera ono naturalne składniki, pozwalające na bezpieczną stymulację ich wzrostu, jednocześnie dodając objętości i ograniczając wypadanie. Jedynym jego minusem jest fakt, iż jest ono ważne bodajże do września - myślę jednak, że do tego czasu spokojnie zdążę z niego skorzystać. W cenie regularnej kosztuje ono 79zł. Drugim produktem z pudełeczka, który najbardziej mnie ucieszył, okazała się Mini Rękawica do Poprawy Makijażu Glov w pięknym, niebieściutkim kolorze. Służy ona oczywiście do usuwania make-upu bez detergentów, jedynie samą wodą. Jeśli się sprawdzi - chyba kupię sobie większą wersję, bo sądzę, że może dobrze nadać się do powtórnego mycia twarzy, zaraz po mojej ukochanej piance Skin79 BB Cleanser (azjatyckie nawyki weszły mi w krew :P). Niebieska mini wersja kosztuje 14.90zł. Kolorowym akcentem w wiosennym boxie okazał się Kremowy Róż do Policzków High Definition Photo marki Bell w odcieniu nr2. Aplikacja kosmetyków w kremie nie jest moją najsilniejszą stroną, ale wydaje mi się, że w przypadku tego różu jest ona całkiem prosta oraz jednocześnie przyjemna, pomijając już naprawdę ładny i świeży odcień. Na mojej nieprzetłuszczającej się cerze wytrzymał cały dzień. Cena? 12.99zł. I to chyba moje top 3 z pudełeczka Pani Wiosna ;)
Nadchodzące lato zawsze skłania do większej dbałości o stopy. Shinybox postanowiło nam w tym pomóc, umieszczając wewnątrz pudełka Krem do Stóp Regulator Potliwości Good Foot Delia. Szczerze powiem, że nie mam problemów z nadmiernym wydzielaniem potu w żadnym miejscu na ciele, ale liczę na jego właściwości pielęgnacyjne, które według karty produktowej również on posiada. Sam krem ma bardzo ładny zapach, który zachęcił mnie do stosowania :D Cena? 6.70zł. Kolejnym produktem z pudełeczka, jest Suchy Szampon Got2b Schwarzkopf w wersji Extra Fresh. I w tym miejscu zaczynają się schody. Myję włosy codziennie, suchych szamponów nie używam, w dodatku z moich eksperymentów wynika, że wszystkie te w białym kolorze - nawet po dokładnym wyczesaniu - na czarnych włosach widać... Pomijam już fakt, że ze względu na łuszczycę, po ich użyciu niesamowicie swędzi mnie głowa :P Dobrze, że to tylko mini wersja, pewnie oddam ją komuś bez żalu ;) Cena? 18.99 za 200ml. Na szczęście Schwarzkopf pomyślał o takich marudach jak ja i pewnie wiele z nas i wyposażył nas również w nowość - Szampon do Włosów Schauma Nature Moments. Mnie trafiła się wersja malinowa do włosów farbowanych (były jeszcze oliwkowa, miodowa i lawendowa). I tu stało się coś interesującego, a wręcz przewrotnego, powiedziałabym... Zazwyczaj narzekam na produkty do mycia włosów znajdujące się w boxach, ponieważ jak już wspomniałam, ze względu na problemy ze skalpem ten rodzaj kosmetyku kupuję głównie w aptece. Schauma jednak pachnie tak cudownie, że chyba zaryzykuję użycie go, najwyżej zadrapię się na śmierć :P Jeśli tego typu reakcja nastąpi, najwyżej zostanie żelem pod prysznic, bądź wyląduje w dozowniku na mydło :D (Pomysł ten podsunęła mi Ewelina ;)) Jego koszt to 10.99 za opakowanie i paradoksalnie jego obecność w pudełeczku bardzo mnie ucieszyła :D Zrozum tu kobietę :P (edit. Nie zaobserwowałam żadnych niepokojących zjawisk, Schauma chyba może pozostać szamponem ;) Jestem pod wrażeniem! I włosy są takie śliczne :))
Kolejny produkt, który znalazł się w moim pudełeczku, to 3fazowy Zabieg Wygładzający "Mikrodermabrazja" Bielendy. Wolałabym, ze względu na wrażliwą i skłonną do przesuszeń skórę maseczkę nawilżającą, na którą również można było trafić, ale jak wiadomo - w przypadku boxów trzeba zdać się na ślepy los ;) Zabiegiem tym niezdrowo zainteresował się jednak mój mąż (ma skórę tłustą) i w sumie nie pytając - poszedł przedwczoraj wieczorem do łazienki sobie go zrobić :P Gdy już zauważyłam co miało miejsce, udało mi się dowiedzieć, że peeling w pierwszej saszetce jest bardzo mocny, mało przyjemny i rozgrzewający, reszta jednak - ponoć się podobała. Co do efektów: mąż sam przyznał, że skóra zaraz po jest ściągnięta (wpadł do pokoju i od razu szukał kremu, więc coś musi w tym być), jednak dzień później cera jest bardziej matowa, oczyszczona, mniej się przetłuszcza i jest znacznie gładsza w dotyku. Cena zabiegu to 4.93zł. Ostatnim już kosmetykiem jest Polska Papka do Cery Trądzikowej Jadwiga. Szczerze powiem - nie mam trądziku, a niespodzianki wyskakują mi może raz w roku (autentycznie!). Jednak moja mama widząc ten kosmetyk w pudełku powiedziała do mnie: "Inga, ja wiem, że to ci niepotrzebne, ale to rewelacyjna rzecz! Już się zastanawiałam gdzie kupię następne opakowanie". Tak, moja rodzicielka używa tego kosmetyku od lat i dosłownie go uwielbia, ratuje on też od pryszczy mojego brata i męża, ciężko mi nawet stwierdzić ile butelek przewinęło się przez mój dom. Ponoć kosmetyk przyspiesza regenerację skóry, wysusza oraz rozjaśnia i łagodzi zaognioną zmianę. Nie będę dyskutować, skoro większość mieszkańców ją uwielbia ;) Cieszę się zatem razem z nimi, że papka znalazła się w tym pudełeczku, bo to ponoć bardzo dobry kosmetyk. Jego koszt, to 30zł za 30ml. Jedyną jego wadą jest chyba to, że ciężko go kupić, ja do tej pory zamawiałam go mamie z drogerii ekobieca.
Ogólnie rzecz biorąc, mimo iż to pudełko nie do końca dopasowane jest do moich potrzeb - jestem z niego zadowolona :D Najmocniejszym jego ogniwem jest dla mnie serum LashVolution oraz mini Glov, a najsłabszym - zdecydowanie suchy szampon Got2b (jeszcze nie wiem komu go wcisnę :P). Reszta z pewnością znajdzie swoje miejsce w kosmetyczce mojej, bądź rodziny (patrz Papka Jadwigi ;)). Pozostaje mi jednak mieć nadzieję, że za miesiąc będzie jeszcze lepiej! ;) A Wy co myślicie o tym pudełeczku? Który kosmetyk najbardziej wpadł Wam w oko? I nie uważacie, że szata graficzna samego boxa jest prześliczna? :) Dajcie znać!

wtorek, 21 marca 2017

Dr.G Red Blemish Soothing Ampoule, czyli kilka słów o fatalnych opakowaniach i złośliwości losu

Znacie ten stan, kiedy bardzo chcecie coś zrobić (czy to dla siebie, czy do pracy), i wszystko, co dzieje się dookoła, jest przeciwko Wam? Ja miałam to podczas prób pisania tego posta. Tworzę go od soboty, i ciągle coś staje mi na drodze. A to choroba męża (szukanie lekarza w weekend oraz jeżdżenie po nocach do apteki nie jest dobre, oj nie), a to własna migrena (podejrzewam, że z nerwów), a w końcu już chyba zwyczajny brak weny oraz twórczy leń spowodowany ostatnimi wydarzeniami nie pozwolił mi na terminowe dokończenie posta i na blogu na tydzień zapadła cisza. Cóż, bywa... Miałam jednak dobre chęci i nadal mam, haha :D Po tym małym festiwalu żali, wróćmy jednak do tematów kosmetycznych. Dziś na tapecie znajdziemy koreańską ampułkę, będącą czymś w rodzaju naszego serum, o nazwie Dr.G Red Blemish Soothing Ampoule. Jak się już pewnie domyślacie po tytule - coś jest nie tak z jego opakowaniem. Co? I co z najważniejszym, czyli  z zawartością? Zapraszam do czytania!
Serum Dr.G znajduje się w porządnym, zieloniutkim opakowaniu z pipetą, które mimo, że towarzyszy mi już jakiś czas, zupełnie się nie niszczy. Napisy nadal tkwią na swoim miejscu, wszystko wygląda ładnie... Na pierwszy rzut oka :/ Na drugi nie jest już tak pięknie! Po odkręceniu ampułki, szklana pipeta wykrzywia się na wszystkie możliwe strony, wciska się wgłąb białego "korka" a przy odrobinie nieuwagi, bądź drobnych chęci możemy zostać z opakowaniem w trzech kawałkach. Czyli? Ano z zieloną flaszeczką, szklaną pipetą (nie sięgającą oczywiście do samego dna) i białym "korkonabieraczem". Dobra, coś tu jest nie halo... Pomijam już fakt, że ów guzik do nabierania płynu działa jak mu się podoba, i czasem gdy naciskam go milionowy raz trafia mnie szlag. Na serio. Teraz już po prostu wylewam (a raczej wytrząsam) kosmetyk na rękę - lekarz zabronił mi się denerwować, więc staram się unikać sytuacji stresujących na ile się da :P Sama już nie wiem, czy w przypadku tej ampułki naprawdę stworzono tak fatalne opakowanie, czy ja trafiłam na wadliwy egzemplarz... W razie czego - całość zawiera 30ml i jest ważne 12 miesięcy od otwarcia. 
Jak już wspomniałam - konsystencja serum jest dość gęsta, żelowa i tak naprawdę wcale nie jest prosto wytrząsnąć ją z buteleczki. Za to zielonkawa maź w sam raz nadaje się do stosowania jej w towarzystwie pipety bądź pompki ;) Nie spływa z twarzy i całkiem ładnie się ją rozprowadza. Najlepiej robić to jednak na skórze zwilżonej tonikiem, bądź mgiełką, ponieważ jeśli pominiemy ten krok, kosmetyk gorzej się wchłania i zaczyna się lepić. Jeśli chodzi o zapach - na początku myślałam, że ampułka go nie posiada, jednak po dłuższym czasie stwierdziłam, że chyba jednak z buteleczki czuć lekki, świeży aromat. Wydajność jest całkiem niezła, myślę że kosmetyk starczyłby spokojnie na 2-3 miesiące regularnego stosowania.
Według mnie, ampułka ta jest kosmetykiem uniwersalnym w kwestii stosowania. Co mam na myśli? Bez problemu można stosować ją rano pod makijaż, oraz w pielęgnacji wieczornej, ponieważ jest dość lekka i w moją naczyniową skórę szybko się wchłania. No dobrze. Teraz już wiemy, że opakowanie jest beznadziejne, użytkowanie samego kosmetyku całkiem na poziomie, na co jednak ampułka działa i czy jest skuteczna? Już Wam mówię. Produkt ma za zadanie głównie nawilżyć naszą skórę, rozświetlić i likwidować zaczerwienienia powstające na wrażliwych cerach, dzięki ekstraktom z zielonego kawioru, jabłka i sfermentowanego lotosu (z tego, co zdążyłam wyczytać, fermentacja składników ułatwia wnikanie w głąb skóry). Jak same widzicie - obietnice producenta nie są zbyt wybujałe. Sama jednak przyznam, że jeśli markę z obietnicami ponosi ja zazwyczaj zupełnie w nie nie wierzę, a po drugie - szukałam tylko czegoś co zlikwiduje czerwone, naczynkowe plamy na mojej twarzy.
Jak więc ampułka zadziałała? W towarzystwie nawilżającego kremu ze ślimakiem Mizon, nie robiącego totalnie nic (Red Blemish Dr.G włączyłam do pielęgnacji później więc jestem pewna, że wszystko, co się zadziało, to jego sprawka ;)) poskutkowała praktycznie od razu. Już po pierwszym zastosowaniu na noc, cera była ukojona a zaczerwienienia mniejsze. Z czasem jej stan coraz bardziej się poprawiał, wzrósł poziom nawilżenia, skóra stała się gładka, jędrna i rozświetlona, zaczerwienienia zniknęły całkowicie i przestały mnie nękać na dobrych kilka miesięcy. Niestety po odstawieniu stan mojej skóry wraca już do swojej niezbyt pięknej "normy", więc naprawdę mam okazję dogłębnie zaobserwować ile ampułka robiła...
W ramach podsumowania powiem Wam, że mam co do ampułki Red Blemish Soothing Ampoule Dr.G ambiwalentne uczucia. Z jednej strony jej działanie naprawdę bardzo mi się podobało, a z drugiej opakowanie jest naprawdę totalnie beznadziejne i nie wiem czy za 122zł w cenie regularnej jeszcze będę miała ochotę się z nim męczyć... Zobaczymy. Na razie jednak, to najskuteczniejszy kosmetyk na zaczerwienienia jaki miałam okazję poznać - zamknięty niestety w niewygodnej buteleczce. Błagam, stwórzcie może coś z pompką?! :D A Wy? Znacie jakieś kosmetyki, które dobrze się u Was sprawdziły, ale ich opakowanie totalnie odstrasza od ponownego zakupu? A może znacie tę ampułkę i Wasze opakowanie wcale nie jest kłopotliwe? Albo znacie inne, świetne serum na zaczerwienienia? Dajcie znać!

środa, 15 marca 2017

Inglot HD Matte, czyli o poszukiwaniu ideału słów parę

W związku z tym,  że matowe pomadki dosłownie podbijają rynek kosmetyczny, i właściwie każda firma ma już je w swojej ofercie, miałam okazję przetestować na swoich ustach niejedną. Trwałość, komfort noszenia, konsystencje, ceny, opakowania i inne aspekty ich dotyczące były różne. Jedne mi odpowiadały, inne zupełnie nie, ale że efekt matowych ust sam w sobie lubię, to szukałam. Szukałam swojego ideału, bądź choćby ulubieńca. Czy znalazłam? Dziś pora odpowiedzieć sobie na to pytanie przy okazji matowych pomadek Inglot HD Matte, w kolorach 21, 26 i 32 (kolejno na zdjęciach) Zapraszam zatem do czytania! ;)
Pomadki znajdują się w skromnych, prostych i charakterystycznych dla Inglota opakowaniach. Nie ma w nich nic atrakcyjnego, jednak na dobrą sprawę nie mam im wiele do zarzucenia, ponieważ dobrze spisują się podczas użytkowania. W związku ze swoją płynną formułą, na pierwszy rzut oka przypominają one bardziej błyszczyk niż pomadkę ;) Z kolei sam aplikator jest mały, dość sztywny i średniopuchaty, łatwo więc przy odrobinie chęci precyzyjnie wyrysować nim usta. Właściwie jedyne co mogę w tym momencie całości zarzucić, to zbyt duży otwór, bo gąbeczkę trzeba dość mocno obetrzeć, ponieważ nabiera zbyt dużo pomadki na raz - choć może to zależeć od upodobań użytkowniczki. Ja wolę dołożyć trzy razy i malować po kawałku, niż "machnąć" raz a dobrze ;)
W porównaniu do innych matowych pomadek w płynie które posiadam, Inglot HD Matte jest dość rzadka i jednocześnie sucha. Konsystencja nie sprawia jednak żadnych problemów, a wręcz powiedziałabym, że ułatwia rozprowadzenie szminki na ustach (Jedna cieniutka warstwa wystarczy! Pomadka świetnie kryje). Całość zastyga po kilku minutach na całkowity mat, jednak pod koniec noszenia zaczynają pojawiać się na ustach pojedyncze, drobniusieńkie iskierki, które według producenta mają zapewnić właśnie ów "efekt HD". Następuje to jednak - jeśli nie jemy - po około 7 godzinach (co u mnie jest wielkim sukcesem, zazwyczaj w mniej więcej trzy po mojej szmince nie ma śladu). Jeśli w tak zwanym "międzyczasie" zaliczymy tłusty posiłek, możemy się spodziewać, że pomadka wytrze się od wewnątrz, jednak bez problemu można zamalować te miejsca. Nie polecam jedynie "jazdy po całości" drugi raz bez wcześniejszego zmycia - wtedy stworzy nam się nieestetyczna "skorupka".
Pomadka Inglot Hd Matte ma bardzo przyjemny, słodki, kwiatowo - waniliowy zapach. Smaku z kolei nie posiada wcale. Przejdźmy jednak do odcieni, bo to one są głównym powodem dla którego szminki nosimy :D (odkrycie na miarę Nobla :P). Te na które się zdecydowałam są stosunkowo neutralne w odbiorze, z chłodnymi tonami, dobre do codziennego makijażu. Numer 21 to coś w rodzaju brzoskwiniowo - różowego nude, 26 - lekko brudny, całkiem widoczny róż, a 32 - coś będącego mieszanką nude, fioletu i brązu, podbite modną ostatnio, trupią szarością (ta jest moja ulubiona, a jak :P z czystym sumieniem mogę jednak stwierdzić, że ten odcień jest dużo bardziej twarzowy niż słynna 10 z Golden Rose Liquid Matte Lipstick). Jeśli żaden Wam się nie podoba, to mała strata, do wyboru jest 20 kolorów, od nudziaków, po szalone fiolety i borda.
Właściwości pomadek również spełniają moje oczekiwania. Ze wszystkich płynnych, matowych szminek, to właśnie HD Matte "męczy" moje wargi najmniej. A precyzując - szminka nie wysusza ich wcale (również nie nawilża, ale nie wymagam takich cudów od tego typu kosmetyków ;)), jest niewyczuwalna na ustach i bardzo komfortowa w noszeniu, oraz nie wchodzi nieestetycznie w załamania warg, tylko ładnie się z nimi stapia. Co ważne, nie pozostawia również śladów na szklankach, sztućcach, ustach partnera, czy ubraniach. Szczerze powiedziawszy - ja jestem niesamowicie zadowolona i z całej mojej matowej kolekcji to Inglota kocham najbardziej! Pomadka kosztuje w cenie regularnej 45zł, ale ja wszystkie swoje egzemplarze upolowałam na różnych promocjach.
W ramach podsumowania powiem tylko, że matowych pomadek posiadam już wiele... Golden Rose, Wibo, Provoke, Lovely (dobra, może przestanę wymieniać, bo wyjdzie, że jestem nienormalna) ale to właśnie Inglot HD Matte okazała się aktualnym ulubieńcem. Czy długo nim pozostanie? To się okaże! Na razie to jednak niekwestionowany numer 1! ;) I gdyby nie to, że szminki już same wychodzą z moich półek, to myślałabym nad kolejnymi kolorami. Jeśli więc lubicie matowe pomadki - z czystym sumieniem Wam ją polecam :)
Znacie pomadki Inglot HD Matte? Lubicie usta o takim wykończeniu? Może któryś odcień wpadł Wam w oko? Dajcie też koniecznie znać, jakie są wasze ukochane szminki, te matowe, bądź nie :) Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach ;)

piątek, 10 marca 2017

Laneige Lip Sleeping Mask, czyli o całonocnej masce do ust słów parę

Tak, wiem... Dziś miała być recenzja matowych pomadek Inglot, ale brakuje mi zdjęcia na ustach jednego z odcieni (tego z nowości lutego) a że choruję już drugi tydzień, moje wargi są w niezbyt dobrej kondycji i absolutnie nie nadają się do sesji zdjęciowych... Obiecuję jednak, że jak tylko dojdą do siebie, recenzja będzie! Problemy z ustami właściwie mam od zawsze. Odkąd pamiętam, w mojej kieszeni, lub w czasach gimnazjum w plecaku, a potem we wszelkiej maści torbach tkwiły w ogromnej ilości pomadki ochronne. Cóż, taka karma - myślałam smarując się kolejną warstwą różanej Bebe (kupowałam ją od około 13 roku życia aż po studia :D). Potem przerzuciłam się na Rumiankową Alterrę (i jak sama napisałam, pierwszym wrażeniem na jej temat była myśl "fuj, jak śmierdzi"), teraz zaliczyłam długi romans z Nuxe Reve de Miel Lip Balm, oraz kilka średnio udanych, przelotnych "skoków w bok"... Niedawno jednak zachciało mi się czegoś nowego, a że szał na Azję trwa u mnie w najlepsze, po wpadkach z mazidłami TonyMoly i Skinfood (są niby ok, ale dla niewymagających), postanowiłam nabyć Laneige Lip Sleeping Mask, czyli całonocną maskę do ust (z przebojami, a jakże - ale wszystko dobrze się skończyło). Jak zdała ona u mnie egzamin? Zapraszam do czytania!
Całonocna Maska do Ust Laneige, znajduje się w dość dużym - jak na tego typu produkt - opakowaniu. Zawiera aż 20 gramów, i w dodatku jest bardzo wydajna. Słoiczek jest plastikowy, dobrej jakości i w kolorze różowym - stylizowanym na modne ostatnio ombre. Do niego dołączono szpatułkę do nakładania maski na usta, która również jest świetna jakościowo (plastikowa, z metalową obsadką oraz bardzo elastyczną gumką na końcu, z przyjemnością się jej używa) i dodatkowo zapakowana w etui, więc zadbano o kwestie higieny. Jestem pod wrażeniem, że słoiczek z plastiku może być tak ładny, a także mieć tak świetnie dopracowane detale.
Maska do ust Laneige ma bardzo ciekawą konsystencję. W słoiczku jest dość twarda i zbita, jednak po nałożeniu jej na szpatułkę, a potem na usta, magicznie topi się pod wpływem ciepła warg, lub palców, co sprawia, że bardzo łatwo i lekko się ją rozprowadza. Kosmetyk nadaje ustom połysk, ale myślę, że w przypadku używania nocnego (temu przecież produkt jest dedykowany) nie ma to znaczenia ;) Maska pachnie owocową gumą balonową, ale zapach nie jest w żaden sposób męczący, właściwie to czuć go wyłącznie w słoiczku i może odrobinę podczas nakładania... ;) Smaku niestety (lub "stety", zależy co kto lubi) nie posiada. 
A jak zatem z najważniejszym, czyli z dzianiem całonocnej maski do ust Laneige? Właściwie od razu po nałożeniu czuć sporą ulgę, ponieważ pokrywa ona wargi czymś w rodzaju kompresu (kładę grubą warstwę), w dodatku nie szczypie nawet jeśli ma kontakt z podrażnieniami lub rankami, o czym miałam okazję się przekonać właśnie podczas aktualnej "grypy" (lub cokolwiek to jest). Po przebudzeniu resztki maski, które się nie wchłonęły jeszcze tkwią na ustach, ale wystarczy umyć twarz, lub przetrzeć wargi płynem micelarnym, by ją usunąć. Kiedy już to zrobię, nawet wizualnie usta są w dużo lepszej kondycji. Moje uzyskują jednolity koloryt (mam ciemniejszą, jakby naczyniową plamkę na dolnej wardze), są pięknie wygładzone i utrzymują nawilżenie praktycznie przez cały dzień. Dużą zaletą jest dla mnie również to, że po jej użyciu nie odczuwam ciągłego "ściągnięcia". Regeneracja w sytuacji kryzysowej również stoi na wysokim poziomie, ponieważ widzę, że podczas jej stosowania (na dzień mam Nuxe, ale sam tym razem sobie nie radzi) w trakcie przeziębienia, wargi szybciej niż zwykle odzyskują swój utracony blask (a ja nie muszę stosować przepisanych przez dermatologa leków na AZS, które jeśli wierzyć ulotce - są średnio bezpieczne :P).
Ogólnie rzecz biorąc - jestem bardzo zadowolona z zakupu, i według mnie jej jedyne wady to cena (około 60zł na ebay, ale przy tej wydajności i wielkości opakowania chyba nie wychodzi tak źle), oraz fakt, iż jest ona słabo dostępna (jeśli jednak chcecie namiary na sprzedawców to dajcie znać w wiadomości prywatnej lub komentarzu). Z mojej perspektywy więc - jak najbardziej warto. Nieustające problemy z ustami są mniejsze, nierówny koloryt warg nie jest tak widoczny, jej stosowanie jest bardzo przyjemne i w dodatku normalnie ogranicza się do nakładania raz w ciągu doby (w dzień stosuję balsamy do ust jedynie podczas choroby). A Wy? Znacie Całonocną Maskę do Ust Laneige? Może czujecie się skuszone? Może niekoniecznie? A może polecicie mi jakieś własne hity do pielęgnacji ust? Dajcie znać, chętnie się z nimi zapoznam! ;*