sobota, 21 stycznia 2017

Najlepsi 2016 roku, czyli trochę o ulubionych kosmetykach

Mimo testów ogromnej ilości produktów, tak na dobrą sprawę jestem bardzo stała w uczuciach. Przeglądałam kilka dni temu post o ulubieńcach roku 2015 i spokojnie mogłabym opublikować go dziś jeszcze raz. Dlaczego? Nadal uważam te produkty za genialne i nadal większości z nich stale używam! (kto nie widział - znajdzie te posty tutaj oraz tutaj i naprawdę polecam zerknąć, bo to nadal moje ukochane kosmetyki, których wiele mam już w kilkunastym egzemplarzu). Jednak mocne, nowo poznane, kosmetyczne top 10 utworzyło się i w tym roku, więc stwierdziłam, że z czystym sumieniem mogę je Wam zaprezentować, tym razem już w jednym poście, może w ramach aktualizacji tych z poprzedniego roku. Jeśli szukacie moich małych i dużych hitów, znajdziecie je w tych trzech wpisach ;) Zapraszam!
W kwestii doznań olfaktorycznych - tym jedynym i niepowtarzalnym okazał się zapach Hermes Un Jardin Sur Le Nil. Co w nim polubiłam? Bardzo przypadł mi do gustu sam aromat tej wody perfumowanej: jest bardzo zielony, jakby zimny, orzeźwiający i naprawdę czuć w nim ogród. Może nie do końca nilowy, choć nad Nilem nigdy nie byłam, i nie miałam okazji by to zweryfikować, ale w zapachu faktycznie czuć gdzieś w tle, zaraz na początku, marchew i pomidory :) Do tego oczywiście wszystko suto okraszone jest kwaśnym grejpfrutem i delikatnym mango. Potem do głosu dochodzą akcenty kwiatowe i zapach trochę się uspokaja. Ja czuję głównie lotos i peonię, choć w nutach serca wymieniany jest jeszcze hiacynt, tatarak oraz pomarańcza. Z kolei na samym końcu, witają mnie przede wszystkim irysy i piżmo. Wspomnianego w opisie cynamonu, kadzidła oraz labdanum chyba nie miałam okazji poznać. Zapachy Hermesa, na mojej skórze są całodniowe. Na włosach i ubraniach trwają nawet dłużej... Ten akurat ma mniejszą projekcję niż Eau des Merveilles, trzyma się niedaleko ciała, zwłaszcza blisko finału, jednak czuję go na swojej skórze do końca. Aromat ten pokochałam, nie będę ukrywać. Brawo Hermes, uwielbiam Twoje zapachy! To mój drugi flakon tej wody i będzie trzeci ;)
W kwestii kolorówki, na nowo odkryłam serię tuszów Mac In Extreme Dimension 3D Lash Black Extreme. Jedne go kochają, inne nienawidzą, wiem... Ja należę jednak do tej pierwszej grupy i do końca będę twierdzić, że to maskara pozwalająca "podrasować" moje rzęsy do granic możliwości. Genialnie pogrubia, fantastycznie wydłuża i idealnie podkręca, dając nam iście teatralny, imprezowy efekt (choć ja lubię taki na codzień :P) Mimo dziwnej szczoteczki - jest fenomenalna i z pewnością kiedyś do niej wrócę. Jak tylko trafię na jakiś przypływ gotówki bądź ciekawą promocję, bo niestety cena to mały minus tego cuda ;) Tutaj znajdziecie całą recenzję ;) W kwestii paznokci, zdecydowanie królował Golden Rose Rich Color nr 120. Nie jestem w stanie zliczyć, która to moja buteleczka, ale Pani sprzedająca w salonie GR, zawsze gdy mnie widzi, dobrze wie, po co przychodzę. W kwestii paznokci jestem monotematyczna. Gdy do czegoś się "przykleję", trudno mi to zostawić. W tym przypadku pokochałam kolor balansujący pomiędzy nude, szarością a delikatnym fioletem, który świetnie pasuje do moich często sinawych rąk :P W dodatku wraz z topem i bazą utrzymuje się tydzień bez odprysków, łatwo się go używa i kosztuje jedynie 6.90. Ja w kwestii klasycznych lakierów nie żądam niczego więcej i będę z pewnością kupowała go dalej. Kochamy się bardzo :D (miałam też inne kolory z tej serii i niestety nie były już takie dobre, ten jest wyjątkowy ;)). Ostatnim produktem z tego zdjęcia jest Golden Rose Puder do Brwi nr 107. Świetnie się on utrzymuje, jest bardzo trwały, łatwy w użyciu i pięknie podkreśla brwi. W dodatku bez problemu udało mi się znaleźć odcień, który idealnie pasuje do moich bardzo ciemnych, brązowoczarnych włosów (co paradoksalnie nie jest proste!). W dobrej cenie dostaniemy tu bardzo wydajny i świetny jakościowo kosmetyk, występujący w sporej gamie kolorów. Z mojej perspektywy, to jeden z lepszych zakupów w ostatnim roku, gości na moich brwiach niemal każdego dnia ;)
Genialnym zakupem roku 2016 okazał się też Dior Diorskin Nude Air Glowing Gardens Illuminating Powder 001 Glowing Pink. Moja silna wola wtedy nie wytrzymała, i rozświetlacz za miliony monet z wiosennej edycji limitowanej mnie skusił. Na początku głównie swoim chłodnym, różowawym kolorem i cudownym tłoczeniem (niestety zdjęcia odejmują mu uroku), ale kiedy powoli zaczęliśmy się poznawać, okazało się, że jest trwały, piekielnie wydajny, bardzo łatwy w obsłudze i tworzy na policzku piękną taflę. Dla Dam ciepłej urody, Dior przygotował również drugą wersję kolorystyczną, utrzymaną w złotych klimatach ;) Szkoda jedynie, że to edycja limitowana, ale może wiosną Dior zaskoczy nas czymś równie pięknym i równie dobrym :) Z kolei na twarzy najczęściej (bo w sumie chyba non stop od wakacji) lądował Skin79 Super+ Triple Functions Orange. Kupiłam go ze względu na wysoki filtr i świadomość, że moja twarz, po złapaniu odrobiny opalenizny jest cieplejsza (bo nie ciemniejsza przecież :P taka magia). Orange według mnie nie ma zaś tonu typowo ciepłego, a neutralny, dobrze wyglądający u większości bladolicych Polek. Krem BB ma dość duże krycie, daje satynowo - matowy efekt, jest bardzo trwały a cera po jego użyciu wygląda pięknie, zdrowo i promiennie. Mimo tego, że lato dawno się skończyło, a moja cera wróciła do swojego trupio-zimnego odcienia, to i tak bardzo chętnie go używam, chyba ze względu na jego duże zdolności adaptacyjne. To moje drugie opakowanie tego kremu BB i znając życie - pewnie nie ostatnie (używam go zamiennie z Hot Pink i to moje dwa niezbędniki w kwestii makijażu twarzy).
W 2016 roku znalazłam też bardzo dobry szampon oczyszczający. Jest to Pharmaceris H Purin Oily, czyli Specjalistyczny Szampon Przeciwłupieżowy do Skóry Łojotokowej. Produkt, ten, przeznaczony jest do skóry z łupieżem tłustym, ŁZS, łuszczycą lub uporczywym świądem (bądź ze wszystkim razem, u mnie np. występują dwa ostatnie). Używam tego kosmetyku wchodząc pod prysznic, czyli nakładam go na początku, a zmywam przed wyjściem, więc przebywa on sobie na mojej głowie dobre kilka minut. I co zaobserwowałam? Zmniejszenie świądu niemal do zera (a bywało tak, że nie mogłam zasnąć, bo swędziła mnie głowa), wygładzenie zmian łuszczycowych i zmniejszenie zaczerwienienia. Z czystym sumieniem mogę również stwierdzić, że naprawdę znacząco ograniczył on przetłuszczanie się mojej czupryny, nie robiąc z niej siana. Włosy są gładkie, lśniące, puszyste, a skóra głowy uspokojona. Kosmetyk ten gości u mnie już od roku i z pewnością będzie gościł dalej, ponieważ zaobserwowałam, że chyba najlepsze efekty na mojej skórze daje naprzemienne stosowanie go z szamponami łagodnymi (teraz akurat to Emotopic w piance ;)). No i mąż nie może bez niego żyć :P Drugim cudem od spraw beznadziejnych marki Pharmaceris, okazał się Preparat 3w1 Intensywnie Natłuszczający do Ciała Emotopic. Co mnie w nim zaczarowało? Bardzo pomógł mi on w pozbyciu się ognisk łuszczycy i innych przesuszeń. Tak jak zwykle w sytuacji kryzysowej, poszłam oczywiście do dermatologa, dostałam płyn do smarowania plamek, smarowałam się nim ponad tydzień i efektów nie było... Totalnie bez zmian, no może łuski było ciut mniej, a plamy stały się bardziej bordowe :( W akcie desperacji wyciągnęłam jednak z szafki ten niepozorny słoiczek i zaczęłam smarowanie - na plamki łuszczycowe - najpierw płyn, potem Pharmaceris, a na same przesuszenia - sam preparat 3w1. Dzięki niemu, zniknęły wszystkie szorstkie niczym  tarka miejsca i plamy łuszczycowe, na które nie pomagał sam lek. Moje zdziwienie naprawdę okazało się niemałe, a Emotopic trafił na stałe do mojej kosmetyczki :) Polecam go wypróbować wszystkim zmagającym się z podobnymi dolegliwościami i nie tylko, mężowi np. uratował też nos podczas kataru ;) Ostatni produkt, to może nie kosmetyk kryzysowy, ale chyba każdej kobiecie niezbędny. Garnier Płyn Micelarny 3w1 gości u mnie już dobrych kilka lat. Lubię go za to, że jest skuteczny (zmywa nawet moją szpachlę :P), łagodny i niedrogi (nie to co Bioderma...). Nie klei się, nie szczypie w oczy, właściwie dla mnie to prawdziwy ideał. Nie wiem ile opakowań już zużyłam, ale naprawdę od bardzo dawna gości on u mnie właściwie non stop, od czasu do czasu zamiennie z Biodermą Sensibio ;)
Ostatnim już produktem, jakiego niestety w tym momencie nie posiadam (stąd zdjęcie "z innej bajki"), ale który bardzo zasłużył żeby się tu znaleźć, jest Norel Face Rejuve Żurawinowe Serum Napinające. Cera po jego użyciu bardzo szybko wyglądała lepiej, przez co uważam je za idealny kosmetyk dla niecierpliwych ;) A tak poza tym? Polubiłam w tym kosmetyku właściwie wszystko - konsystencję, zapach, tempo wchłaniania i działanie... Skóra bardzo szybko była rozjaśniona, ujędrniona i pięknie nawilżona. Z pewnością kiedyś kupię kolejne opakowanie, mimo tego, że schodzi z niego trochę sreberko ;) Poza tym drobnym defektem - reszta jest boska! Zainteresowanych odsyłam jeszcze do pełnej recenzji, tam znajdziecie na jego temat dużo więcej :)
I tym razem to już wszystko! Znacie któregoś z moich ulubieńców? Też dobrze się u Was sprawdził? A może wręcz odwrotnie? Dajcie znać! Bez skrępowania możecie zostawić też linki do swoich ulubieńców roku! :) (przez wyjazd mogłam coś przegapić ;) a chętnie zajrzę :))

P.S. Polecam raz jeszcze zajrzeć do ulubieńców sprzed roku, oni nadal są bardzo aktualni! klik i klik

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Spóźnione grudniowe nowości, czyli mały powrót do 2016 roku

W grudniu nowości jak na ten miesiąc chyba nie było jakoś szaleńczo dużo ;) A zapowiadało się :P Święta, prezenty, moje urodziny, wyprzedaże, mało osób by nie uległo :D Ale z racji tego, że moja szafa wymagała aktualizacji systemu (przytyłam wreszcie 6kg, dobiłam do wymarzonych 50ciu ;)), brak mi było kreacji na Sylwestra, a ostatnie szpilki odmówiły posłuszeństwa, większość funduszy "poszło w ciuchy" :D Nie byłabym jednak sobą, gdyby grudzień nie obfitował choćby w maleńki akcent kosmetyczny, który Wam dziś pokażę (na zdjęcia nie załapały się tylko odżywki i farba do włosów L'oreal Casting Creme Gloss w kolorze ciemny brąz, o której było tu już wiele razy, wszak na stałe jej używam). Zapraszam do oglądania! (i czytania też :P)
W grudniu skusiłam się między innymi na mój ulubiony Płyn Micelarny 3w1 Garnier Skóra Wrażliwa. Był to duopak, ale jedna z butelek poszła już w ruch, więc nie załapała się na sesję. To ostatnio chyba mój ulubiony micel - poza Biodermą Sensibio. Zaletą tego jest jednak podobne, niedrażniące działanie, skuteczność i przyzwoita cena ;) Drugim zakupem uzupełniającym produkty pierwszej potrzeby, był ulubiony aktualnie antyperspirant Vichy Traitement Anti - Transpirant 48h. Za co go lubię? Za skuteczność, za to, że nie brudzi mojej właściwie wyłącznie czarnej garderoby, oraz nie powoduje swędzenia. I dopóki nie zacznie, chyba nie będę szukać niczego nowego :P W grudniu trafiło do mnie też ponoć świetne serum Klairs Freshly Juiced Vitamin Drop Serum. Naczytałam się o nim sporo dobrego - i cóż... Uległam. Mam nadzieję, że i u mnie będzie działać tak cudownie, bo jak nie, to będę zła :D Z racji wyprzedaży, pojawiły się u mnie również trzy żele pod prysznic The Body Shop (z czego jeden będzie prezentem). Sobie zostawiłam wersję Vineyard Peach, pachnącą jak bardzo dojrzałe brzoskwinie, oraz Pinita Colada, która z kolei bardzo realistycznie pachnie pinacoladą, kokos i ananas wewnątrz gwarantowane ;)
Z racji tego, że skończyła się w grudniu moja baza pod cienie, postanowiłam wrócić do starej, dobrze mi znanej (to moje czwarte opakowanie) Hean Stay On Eyeshadow Base. Lubię ją, bo jest tania, skuteczna i łatwa w obsłudze, na moich bezproblemowych powiekach niczego więcej do szczęścia nie potrzeba ;) Robiąc zakupy przez internet, uzupełniłam też zapas Seche Vite, wszak nadal zamiennie z hybrydą robię tradycyjny manicure, a to chyba jednak mój ulubiony top, którego nie może nie być u mnie w domu. Mimo kilku wad, kocham go nade wszystko i lepszego do tej pory nie znalazłam ;) Na zdjęciu widać też Kępki Rzęs Ardell Double Up, które miałam testować w okresie karnawałowo - imprezowym (bo z rzęsami na pasku poniosłam sromotną porażkę :P) oraz klej Duo, ale nadal nie mam odwagi :P Z pewnością wcześniej czy później się za nie zbiorę, ale na razie wystarczy chyba, jak po samym tuszu kobiety pytają, czy moje rzęsy są sztuczne :D (efekty kuracji odżywką). Ostatnim produktem ze zdjęcia jest świetny cień bazowy Delia Eyeshadow nr 3. To moje drugie lub trzecie opakowanie tego produktu, i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że świetnie nadaje się do stosowania w towarzystwie kreski. Bardzo dobrze utrwala ją i ujednolica powiekę, więc towarzyszy mi on i w makijażu na co dzień i od święta ;)
Na gwiazdkę dostałam od mamy (wcześniej oczywiście powiedziałam o obiekcie swych zainteresowań, nie ma tak dobrze :P) korektor Mac Pro Longwear Concealer w odcieniu NW15. Używam go sobie od 25 grudnia i muszę powiedzieć, że chyba bardzo się polubimy. Szersza recenzja z pewnością się pojawi, ale na razie to na pewno jeden z najlepiej spisujących się u mnie korektorów, jakie znam. Dalej widać już chyba jedynie pomadkowy szał ciał... Nie wiem co się stało, ale w roku 2016 chyba straciłam kontrolę nad ilością szminek, w dodatku przekonałam się do ostrych, neonowych kolorów (może nie na co dzień, ale na imprezach i wakacjach już nie mam żadnych oporów jeśli chodzi o fuksje, fiolety, czerwienie i burgundy). Tak więc ostatnio trafiły do mnie Hean Mattense Lipstick w odcieniu 401 Viva Violet, będąca niczym innym niż chłodnym, krzykliwym fioletem oraz Clarins Rose Eclat w już mniej rzucającym się w oczy odcieniu, nr 2 Sweet Rose (do której dostałam bardzo zachęcający gratis w postaci Daily Energizer Lovely Lip Balm, będącym balsamem do ust, który nadaje im blask i delikatny kolor). A kolejnym prezentem gwiazdkowym - tym razem Mikołajem był mąż - okazała się pomadka Mac Lipstick w odcieniu "Dahhlinggg!" pochodząca ze świątecznej edycji limitowanej Mariah Carey. Nie będę ukrywać, całość jest po prostu boska :D Wewnątrz iskrzącego opakowania znajduje się autograf piosenkarki, a na chłodnawym, brzoskwiniowym sztyfcie z kolei wytłoczono motyla. Zarówno opakowanie jak i śliczny, nudziakowy kolor robią wrażenie :)
Z kolei od naszej Dobrej Blogowej Wróżki Interendo, dostałam piękny prezent urodzinowy (nie bój się, w Twoje urodziny naślę na Ciebie moją wróżkę :P). Znalazłam w nim emulsję i krem True Relief Etude House, Mydełko Foamers Oliwa GromWell, piankę do mycia twarzy The Skin Pure Lime Cleansing Foam (po ostatniej przeprawie z Yum Yum Cleanser mam nadzieję na miłą odmianę :D), krem do rąk It's Skin z edycji limitowanej z potworami z Ulicy Sezamkowej (na tubce widać Oscara od piosenki "Kocham Śmieci" :D) o zapachu mięty oraz maseczkę w płachcie Moistfull Collagen Etude House z Dumbo (uwielbiam Dumbo! :D). Jeśli chodzi o część pielęgnacyjną, z racji dużej ilości pootwieranych produktów, nie używałam jeszcze niczego, ale wszystko bardzo mi się spodobało i niecierpliwie czekam na ich kolej :D
Duża część kosmetyków z tego zdjęcia z kolei od razu poszła w ruch! :D Lakieru Opi Nail Laquer w kolorze Let's Be Friends! używałam obsesyjnie od Świąt Bożego Narodzenia praktycznie do teraz. Dopiero ostatnio pomalowałam paznokcie czymś innym - tak bardzo przypadł mi do gustu ten rozbielony róż :D Od czasu do czasu, jako ozdobnik na palcu serdecznym lądował z kolei Opi Charmmy&Sugar. Do nich dołączone były jeszcze słodkie separatory do pedicure z mordką Hello Kitty, jednak nie miałam jeszcze okazji ich używać ;) Ale całość aż kipi słodyczą :D Kolejnym akcentem z Hello Kitty jest limitowana szczotka Tanglee Teezer Compact w moich trzech ulubionych kolorach. Czarnym, białym i czerwonym, w dodatku ma ona jeszcze czerwone ząbki (niestety niewidoczne na zdjęciu). Całość jest cudna, w dodatku uwielbiam te szczotki, więc z pewnością znajdzie u mnie miejsce na półce ;* Patrycja ma też chyba bardzo dobrą pamięć ;) Jakiś czas temu wpadła mi w oko u niej na blogu pomadka DHC Lip Balm z księżniczkami Disney'a, a ona obdarowała mnie jedną z nich <3 Trafił w moje łapki egzemplarz z Królewną Śnieżką (choć bliżej mi do Morticii Addams :P), czyli przejrzysty, delikatny róż, świetnie podkreślający naturalny koloryt warg. Kolejny akcent kolorowy z paczki, to miniatury Make Up For Ever: czarna kredka do oczu i pomadka Ever Artist Rouge Mat w pięknym, dość ciemnym, chłodnym odcieniu czerwieni. Nie będę ukrywać, pomogła mi ona zrobić wrażenie na męskiej części Sylwestrowej imprezy (miałam nawet okazję nawiązać dwa romanse, musiałam tłumaczyć, że mąż siedzi tam przy stole, haha :D Naprawdę nie rozumiem, dlaczego mężczyźni tak szaleją na punkcie czerwonych szminek ;)). A co do samej pomadki - nie rozmazuje się, jest bardzo trwała i nie wysusza ust. Geniusz :D O pielęgnację ust z kolei będę mogła zadbać przy pomocy Macaron Lip Balm It's Skin o zapachu ananasa, również z edycji limitowanej, tym razem z Wielkim Ptakiem z Ulicy Sezamkowej :) Ostatnim już produktem w paczce okazał się Gimmie Brow Benefit. Uwielbiam produkty do brwi, więc również z chęcią go przetestuję. Nie będę ukrywać, Patrycja sprawiła mi ogromną radochę, zwłaszcza że paczka była totalną niespodzianką. Kiedy ją rozpakowywałam dosłownie opadła mi szczęka, a do dziś całość bardzo mnie cieszy ;) Kochana, dziękuję po raz dziesiąty! :*
I to już wszystko, co trafiło do mnie w grudniu. Wpadło Wam coś w oko? Miałyście okazję wypróbować któryś z tych kosmetyków? A może macie na któryś ochotę? Dajcie znać! Chętnie też pooglądam Wasze grudniowe nowości, więc bez skrępowania zostawiajcie linki :) (bo mogły mi umknąć przez Święta i wyjazd na ferie ;))

środa, 11 stycznia 2017

Dr Irena Eris Clinic Way, czyli o moich pierwszych wrażeniach związanych z linią apteczną marki

Witam Was serdecznie po tej dłuższej przerwie! :) Miałam wrócić z Zakopanego wcześniej, jednak bardzo spontanicznie wylądowaliśmy z mężem w Krakowie (w jednym i drugim miejscu chyba nie mogliśmy trafić na większy mróz, choć całe szczęście hotele stanęły na wysokości zadania i było w nich cieplutko ;)). Psychicznie odpoczęłam bardzo, fizycznie za grosz, jednak wyjazd ten będę bardzo miło wspominać. Spontaniczność to chyba jednak dobra rzecz :D (I mówi to osoba, która musi wiedzieć wszystko o wszystkim i mieć poukładaną każdą dziedzinę życia od A do Z. Kiedy się nie da - następuje nieszczęście :P). Wracając jednak do tematu dzisiejszego posta - jakoś przed Sylwestrem napisała do mnie Pani Magda, reprezentująca markę Dr Irena Eris, czy nie zdecydowałabym się opisać swoich pierwszych wrażeń związanych z linią Clinic Way. Nie powiem - w pierwszej chwili miałam wątpliwości, bo prawie zawsze piszę recenzję, kiedy pudełko po kosmetyku jest puste, bądź niemalże puste. Jednak pomyślałam, że w końcu to tylko pierwsze wrażenie, no i przecież kiedy zużyję całość, recenzję mogę edytować... Tak więc zdecydowałam się na pożądane przeze mnie już chyba któryś rok Dermokapsułki Rewitalizujące, oraz Przeciwzmarszczkowy Trzyfazowy Oczyszczający Oleożel do Demakijażu i Mycia Twarzy (z racji tego, że ostatnie paskudztwo do demakijażu ostro dało mi popalić, pożądałam czegoś ekstra). Paczkę z tym oto duetem, dostałam w poniedziałek, 9 stycznia, więc będą to naprawdę pierwsze wrażenia. I o ile żel do demakijażu można ocenić całkiem szybko i bardzo sprawnie, o tyle kapsułki z pewnością dostaną jeszcze swoje drugie pięć minut (niech żyje rzetelność! ;)).
Przeciwzmarszczkowy Trzyfazowy Oczyszczający Oleożel do Demakijażu i Mycia Twarzy, znajduje się w sporej, bo zawierającej 175ml tubie, którą się odkręca (wolałabym coś zamykanego na klik, bo jest wygodniej, ale na dobrą sprawę, ta też jest okej). Ma on za zadanie oczyszczenie naszej twarzy z makijażu lub tylko z zanieczyszczeń (więc można używać go też np. rano). Kosmetyk ma bardzo ciekawą, trójfazową konsystencję. Po wyciśnięciu go z tuby, otrzymujemy przezroczysty żel. Kiedy z kolei nałożymy go na suchą twarz, i zaczniemy masować, zamienia się ona w przyjemny, jedwabisty olejek, którego używanie naprawdę sprawia przyjemność. Usuwanie makijażu naprawdę jest bardzo komfortowe, palce suną po twarzy bez żadnych oporów i wszystko odbywa się wyjątkowo delikatnie (czyli unikamy wszelkiego naciągania skóry powodującego zmarszczki ;)). Trzeci etap, to z kolei spłukiwanie. Wtedy olejek staje się białą emulsją... Więc mamy tu trójfazowe czary mary, hokus - pokus, w sam raz dla gadżeciar ;)
Zapach kosmetyku jest bardzo delikatny, nieszkodliwy, wyczuwalny chyba jedynie w opakowaniu. Jeśli chodzi o ilość żelu, niezbędną nam do demakijażu - wydaje mi się, że potrzeba go do wykonania masażu naprawdę niewiele. Z kolei jakie efekty zastałam po wszystkim? Olejek bardzo ładnie usunął makijaż i zanieczyszczenia (musiałam domyć płynem micelarnym jedynie odrobinę eyelinera albo tuszu, znajdującego się między rzęsami, a w moim przypadku to bardzo dobry wynik - i tak, poszłam na całość oraz zmyłam olejkiem również makijaż oczu - nic nie szczypie ;)). Zdziwiło mnie to, że skóra po jego użyciu była naprawdę gładka, delikatna, jedwabista i wyjątkowo czysta, a jednocześnie nieściągnięta. W przypadku skóry suchej (a zimą taką posiadam, zwłaszcza po łażeniu na mrozie) jest to wyjątkowo ważne. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się przy stałym użytkowaniu, ale coś czuję, że chyba szykuje nam się dłuższy romans ;) (producent obiecuje nawet lekkie wygładzenie zmarszczek! Ciekawe, jak z tym będzie ;)). Koszt tego cuda? 59zł, ale w wielu miejscach, między innymi w sklepie internetowym marki trwa promocja.
Drugim kosmetykiem, który wybrałam sobie do testów, były Dermokapsułki Rewitalizujące. Zawierają one koncentrat witaminowo - rewitalizujący, który polecany jest w każdym wieku, w celu regeneracji skóry zmęczonej, odwodnionej, przesuszonej, bądź jako profilaktyka przeciw procesom starzenia (coś w sam raz dla mnie, jakby na to nie patrzeć). Całość zamknięta jest w jednorazowych kapsułkach (nie jeść, nie połykać!), a już jedna wystarcza by posmarować całą twarz i szyję koktajlem z witamin A, C oraz E i biomimetycznym koncentratem lipidowym (tu poczytacie o szczegółach). Pożądałam ich sobie po cichutku od kilku lat, jednak ciągle nie udawało mi się ich kupić. Cały czas coś mi w tym przeszkadzało. Jednak w końcu są, mam. Mały, zgrabny, srebrno - plastikowy słoiczek, zawierający czerwoniutkie, jakby trochę plastikowe kapsułki. Całe trzydzieści sztuk, starczające na miesiąc kuracji... I co dalej? (bo to, że kuracji nie zjemy, już wiadomo! :P)
Po otwarciu opakowania i rozbrojeniu blokady (mnie pomógł mąż :D), wita nas delikatny, świeży, może lekko kwiatowy aromat, który utrzymuje się podczas nakładania koncentratu na twarz i chyba jeszcze chwilę później. Kiedy już wydobędziemy zawartość kapsułki na zewnątrz, okazuje się, że ma ona konsystencję delikatnego, bardzo szybko wchłaniającego się olejku. Praktycznie zaraz po nałożeniu go na twarz, nasza skóra staje się bardzo gładka, wręcz jedwabista w dotyku. Kiedy jednak już pocieszyłam się tym efektem, zgodnie z zaleceniami producenta, nałożyłam jeszcze krem (Mizon All in One Snail Repair). Co więc zastałam rano?
Rano - nie da się ukryć - skóra była gładka, jakby lekko rozpromieniona i wyjątkowo dobrze nawilżona. Nawet przy śniadaniu mama zapytała mnie, czego używałam, że tak podejrzanie dobrze wyglądam :D Podarowałam jej jedną kapsułkę, i teraz ona myśli o zakupie swojego opakowania :P Mam nadzieję, że efekt wygładzenia, nawilżenia i rozświetlenia się u mnie utrzyma, oraz że dojdzie do niego jeszcze obiecywane przez producenta odżywienie, ujędrnienie, regeneracja i wzrost elastyczności skóry. Powiem Wam szczerze (bo przecież chyba głównie o to nam chodzi), że gdy dostałam paczkę, pomyślałam że w ich przypadku chyba nie dam rady zaobserwować żadnego efektu w dwa dni. Stało się inaczej i jestem z tego powodu pod dużym wrażeniem. To chyba idealny kosmetyk dla niecierpliwych :D Standardowo kosztuje on 119zł, jednak aktualnie cała linia objęta jest rabatem (mnie teraz chodzi po głowie krem na dzień nr2 :P).
Miałyście może styczność z linią Clinic Way marki Dr Irena Eris? Jakie towarzyszyły Wam wrażenia? Czy zauważyłyście jakiekolwiek efekty "od ręki"? A może niezbyt? Dajcie znać, jestem bardzo ciekawa! :)

P.S. Z okazji świąt i ferii mam na blogu tycie "tyły" :P Następnym razem pojawią się grudniowe nowości, o które pytałyście :) Zdjęcia już czekają, muszę jedynie dopisać tekst ;)