wtorek, 21 marca 2017

Dr.G Red Blemish Soothing Ampoule, czyli kilka słów o fatalnych opakowaniach i złośliwości losu

Znacie ten stan, kiedy bardzo chcecie coś zrobić (czy to dla siebie, czy do pracy), i wszystko, co dzieje się dookoła, jest przeciwko Wam? Ja miałam to podczas prób pisania tego posta. Tworzę go od soboty, i ciągle coś staje mi na drodze. A to choroba męża (szukanie lekarza w weekend oraz jeżdżenie po nocach do apteki nie jest dobre, oj nie), a to własna migrena (podejrzewam, że z nerwów), a w końcu już chyba zwyczajny brak weny oraz twórczy leń spowodowany ostatnimi wydarzeniami nie pozwolił mi na terminowe dokończenie posta i na blogu na tydzień zapadła cisza. Cóż, bywa... Miałam jednak dobre chęci i nadal mam, haha :D Po tym małym festiwalu żali, wróćmy jednak do tematów kosmetycznych. Dziś na tapecie znajdziemy koreańską ampułkę, będącą czymś w rodzaju naszego serum, o nazwie Dr.G Red Blemish Soothing Ampoule. Jak się już pewnie domyślacie po tytule - coś jest nie tak z jego opakowaniem. Co? I co z najważniejszym, czyli  z zawartością? Zapraszam do czytania!
Serum Dr.G znajduje się w porządnym, zieloniutkim opakowaniu z pipetą, które mimo, że towarzyszy mi już jakiś czas, zupełnie się nie niszczy. Napisy nadal tkwią na swoim miejscu, wszystko wygląda ładnie... Na pierwszy rzut oka :/ Na drugi nie jest już tak pięknie! Po odkręceniu ampułki, szklana pipeta wykrzywia się na wszystkie możliwe strony, wciska się wgłąb białego "korka" a przy odrobinie nieuwagi, bądź drobnych chęci możemy zostać z opakowaniem w trzech kawałkach. Czyli? Ano z zieloną flaszeczką, szklaną pipetą (nie sięgającą oczywiście do samego dna) i białym "korkonabieraczem". Dobra, coś tu jest nie halo... Pomijam już fakt, że ów guzik do nabierania płynu działa jak mu się podoba, i czasem gdy naciskam go milionowy raz trafia mnie szlag. Na serio. Teraz już po prostu wylewam (a raczej wytrząsam) kosmetyk na rękę - lekarz zabronił mi się denerwować, więc staram się unikać sytuacji stresujących na ile się da :P Sama już nie wiem, czy w przypadku tej ampułki naprawdę stworzono tak fatalne opakowanie, czy ja trafiłam na wadliwy egzemplarz... W razie czego - całość zawiera 30ml i jest ważne 12 miesięcy od otwarcia. 
Jak już wspomniałam - konsystencja serum jest dość gęsta, żelowa i tak naprawdę wcale nie jest prosto wytrząsnąć ją z buteleczki. Za to zielonkawa maź w sam raz nadaje się do stosowania jej w towarzystwie pipety bądź pompki ;) Nie spływa z twarzy i całkiem ładnie się ją rozprowadza. Najlepiej robić to jednak na skórze zwilżonej tonikiem, bądź mgiełką, ponieważ jeśli pominiemy ten krok, kosmetyk gorzej się wchłania i zaczyna się lepić. Jeśli chodzi o zapach - na początku myślałam, że ampułka go nie posiada, jednak po dłuższym czasie stwierdziłam, że chyba jednak z buteleczki czuć lekki, świeży aromat. Wydajność jest całkiem niezła, myślę że kosmetyk starczyłby spokojnie na 2-3 miesiące regularnego stosowania.
Według mnie, ampułka ta jest kosmetykiem uniwersalnym w kwestii stosowania. Co mam na myśli? Bez problemu można stosować ją rano pod makijaż, oraz w pielęgnacji wieczornej, ponieważ jest dość lekka i w moją naczyniową skórę szybko się wchłania. No dobrze. Teraz już wiemy, że opakowanie jest beznadziejne, użytkowanie samego kosmetyku całkiem na poziomie, na co jednak ampułka działa i czy jest skuteczna? Już Wam mówię. Produkt ma za zadanie głównie nawilżyć naszą skórę, rozświetlić i likwidować zaczerwienienia powstające na wrażliwych cerach, dzięki ekstraktom z zielonego kawioru, jabłka i sfermentowanego lotosu (z tego, co zdążyłam wyczytać, fermentacja składników ułatwia wnikanie w głąb skóry). Jak same widzicie - obietnice producenta nie są zbyt wybujałe. Sama jednak przyznam, że jeśli markę z obietnicami ponosi ja zazwyczaj zupełnie w nie nie wierzę, a po drugie - szukałam tylko czegoś co zlikwiduje czerwone, naczynkowe plamy na mojej twarzy.
Jak więc ampułka zadziałała? W towarzystwie nawilżającego kremu ze ślimakiem Mizon, nie robiącego totalnie nic (Red Blemish Dr.G włączyłam do pielęgnacji później więc jestem pewna, że wszystko, co się zadziało, to jego sprawka ;)) poskutkowała praktycznie od razu. Już po pierwszym zastosowaniu na noc, cera była ukojona a zaczerwienienia mniejsze. Z czasem jej stan coraz bardziej się poprawiał, wzrósł poziom nawilżenia, skóra stała się gładka, jędrna i rozświetlona, zaczerwienienia zniknęły całkowicie i przestały mnie nękać na dobrych kilka miesięcy. Niestety po odstawieniu stan mojej skóry wraca już do swojej niezbyt pięknej "normy", więc naprawdę mam okazję dogłębnie zaobserwować ile ampułka robiła...
W ramach podsumowania powiem Wam, że mam co do ampułki Red Blemish Soothing Ampoule Dr.G ambiwalentne uczucia. Z jednej strony jej działanie naprawdę bardzo mi się podobało, a z drugiej opakowanie jest naprawdę totalnie beznadziejne i nie wiem czy za 122zł w cenie regularnej jeszcze będę miała ochotę się z nim męczyć... Zobaczymy. Na razie jednak, to najskuteczniejszy kosmetyk na zaczerwienienia jaki miałam okazję poznać - zamknięty niestety w niewygodnej buteleczce. Błagam, stwórzcie może coś z pompką?! :D A Wy? Znacie jakieś kosmetyki, które dobrze się u Was sprawdziły, ale ich opakowanie totalnie odstrasza od ponownego zakupu? A może znacie tę ampułkę i Wasze opakowanie wcale nie jest kłopotliwe? Albo znacie inne, świetne serum na zaczerwienienia? Dajcie znać!

środa, 15 marca 2017

Inglot HD Matte, czyli o poszukiwaniu ideału słów parę

W związku z tym,  że matowe pomadki dosłownie podbijają rynek kosmetyczny, i właściwie każda firma ma już je w swojej ofercie, miałam okazję przetestować na swoich ustach niejedną. Trwałość, komfort noszenia, konsystencje, ceny, opakowania i inne aspekty ich dotyczące były różne. Jedne mi odpowiadały, inne zupełnie nie, ale że efekt matowych ust sam w sobie lubię, to szukałam. Szukałam swojego ideału, bądź choćby ulubieńca. Czy znalazłam? Dziś pora odpowiedzieć sobie na to pytanie przy okazji matowych pomadek Inglot HD Matte, w kolorach 21, 26 i 32 (kolejno na zdjęciach) Zapraszam zatem do czytania! ;)
Pomadki znajdują się w skromnych, prostych i charakterystycznych dla Inglota opakowaniach. Nie ma w nich nic atrakcyjnego, jednak na dobrą sprawę nie mam im wiele do zarzucenia, ponieważ dobrze spisują się podczas użytkowania. W związku ze swoją płynną formułą, na pierwszy rzut oka przypominają one bardziej błyszczyk niż pomadkę ;) Z kolei sam aplikator jest mały, dość sztywny i średniopuchaty, łatwo więc przy odrobinie chęci precyzyjnie wyrysować nim usta. Właściwie jedyne co mogę w tym momencie całości zarzucić, to zbyt duży otwór, bo gąbeczkę trzeba dość mocno obetrzeć, ponieważ nabiera zbyt dużo pomadki na raz - choć może to zależeć od upodobań użytkowniczki. Ja wolę dołożyć trzy razy i malować po kawałku, niż "machnąć" raz a dobrze ;)
W porównaniu do innych matowych pomadek w płynie które posiadam, Inglot HD Matte jest dość rzadka i jednocześnie sucha. Konsystencja nie sprawia jednak żadnych problemów, a wręcz powiedziałabym, że ułatwia rozprowadzenie szminki na ustach (Jedna cieniutka warstwa wystarczy! Pomadka świetnie kryje). Całość zastyga po kilku minutach na całkowity mat, jednak pod koniec noszenia zaczynają pojawiać się na ustach pojedyncze, drobniusieńkie iskierki, które według producenta mają zapewnić właśnie ów "efekt HD". Następuje to jednak - jeśli nie jemy - po około 7 godzinach (co u mnie jest wielkim sukcesem, zazwyczaj w mniej więcej trzy po mojej szmince nie ma śladu). Jeśli w tak zwanym "międzyczasie" zaliczymy tłusty posiłek, możemy się spodziewać, że pomadka wytrze się od wewnątrz, jednak bez problemu można zamalować te miejsca. Nie polecam jedynie "jazdy po całości" drugi raz bez wcześniejszego zmycia - wtedy stworzy nam się nieestetyczna "skorupka".
Pomadka Inglot Hd Matte ma bardzo przyjemny, słodki, kwiatowo - waniliowy zapach. Smaku z kolei nie posiada wcale. Przejdźmy jednak do odcieni, bo to one są głównym powodem dla którego szminki nosimy :D (odkrycie na miarę Nobla :P). Te na które się zdecydowałam są stosunkowo neutralne w odbiorze, z chłodnymi tonami, dobre do codziennego makijażu. Numer 21 to coś w rodzaju brzoskwiniowo - różowego nude, 26 - lekko brudny, całkiem widoczny róż, a 32 - coś będącego mieszanką nude, fioletu i brązu, podbite modną ostatnio, trupią szarością (ta jest moja ulubiona, a jak :P z czystym sumieniem mogę jednak stwierdzić, że ten odcień jest dużo bardziej twarzowy niż słynna 10 z Golden Rose Liquid Matte Lipstick). Jeśli żaden Wam się nie podoba, to mała strata, do wyboru jest 20 kolorów, od nudziaków, po szalone fiolety i borda.
Właściwości pomadek również spełniają moje oczekiwania. Ze wszystkich płynnych, matowych szminek, to właśnie HD Matte "męczy" moje wargi najmniej. A precyzując - szminka nie wysusza ich wcale (również nie nawilża, ale nie wymagam takich cudów od tego typu kosmetyków ;)), jest niewyczuwalna na ustach i bardzo komfortowa w noszeniu, oraz nie wchodzi nieestetycznie w załamania warg, tylko ładnie się z nimi stapia. Co ważne, nie pozostawia również śladów na szklankach, sztućcach, ustach partnera, czy ubraniach. Szczerze powiedziawszy - ja jestem niesamowicie zadowolona i z całej mojej matowej kolekcji to Inglota kocham najbardziej! Pomadka kosztuje w cenie regularnej 45zł, ale ja wszystkie swoje egzemplarze upolowałam na różnych promocjach.
W ramach podsumowania powiem tylko, że matowych pomadek posiadam już wiele... Golden Rose, Wibo, Provoke, Lovely (dobra, może przestanę wymieniać, bo wyjdzie, że jestem nienormalna) ale to właśnie Inglot HD Matte okazała się aktualnym ulubieńcem. Czy długo nim pozostanie? To się okaże! Na razie to jednak niekwestionowany numer 1! ;) I gdyby nie to, że szminki już same wychodzą z moich półek, to myślałabym nad kolejnymi kolorami. Jeśli więc lubicie matowe pomadki - z czystym sumieniem Wam ją polecam :)
Znacie pomadki Inglot HD Matte? Lubicie usta o takim wykończeniu? Może któryś odcień wpadł Wam w oko? Dajcie też koniecznie znać, jakie są wasze ukochane szminki, te matowe, bądź nie :) Chętnie poczytam o Waszych ulubieńcach ;)

piątek, 10 marca 2017

Laneige Lip Sleeping Mask, czyli o całonocnej masce do ust słów parę

Tak, wiem... Dziś miała być recenzja matowych pomadek Inglot, ale brakuje mi zdjęcia na ustach jednego z odcieni (tego z nowości lutego) a że choruję już drugi tydzień, moje wargi są w niezbyt dobrej kondycji i absolutnie nie nadają się do sesji zdjęciowych... Obiecuję jednak, że jak tylko dojdą do siebie, recenzja będzie! Problemy z ustami właściwie mam od zawsze. Odkąd pamiętam, w mojej kieszeni, lub w czasach gimnazjum w plecaku, a potem we wszelkiej maści torbach tkwiły w ogromnej ilości pomadki ochronne. Cóż, taka karma - myślałam smarując się kolejną warstwą różanej Bebe (kupowałam ją od około 13 roku życia aż po studia :D). Potem przerzuciłam się na Rumiankową Alterrę (i jak sama napisałam, pierwszym wrażeniem na jej temat była myśl "fuj, jak śmierdzi"), teraz zaliczyłam długi romans z Nuxe Reve de Miel Lip Balm, oraz kilka średnio udanych, przelotnych "skoków w bok"... Niedawno jednak zachciało mi się czegoś nowego, a że szał na Azję trwa u mnie w najlepsze, po wpadkach z mazidłami TonyMoly i Skinfood (są niby ok, ale dla niewymagających), postanowiłam nabyć Laneige Lip Sleeping Mask, czyli całonocną maskę do ust (z przebojami, a jakże - ale wszystko dobrze się skończyło). Jak zdała ona u mnie egzamin? Zapraszam do czytania!
Całonocna Maska do Ust Laneige, znajduje się w dość dużym - jak na tego typu produkt - opakowaniu. Zawiera aż 20 gramów, i w dodatku jest bardzo wydajna. Słoiczek jest plastikowy, dobrej jakości i w kolorze różowym - stylizowanym na modne ostatnio ombre. Do niego dołączono szpatułkę do nakładania maski na usta, która również jest świetna jakościowo (plastikowa, z metalową obsadką oraz bardzo elastyczną gumką na końcu, z przyjemnością się jej używa) i dodatkowo zapakowana w etui, więc zadbano o kwestie higieny. Jestem pod wrażeniem, że słoiczek z plastiku może być tak ładny, a także mieć tak świetnie dopracowane detale.
Maska do ust Laneige ma bardzo ciekawą konsystencję. W słoiczku jest dość twarda i zbita, jednak po nałożeniu jej na szpatułkę, a potem na usta, magicznie topi się pod wpływem ciepła warg, lub palców, co sprawia, że bardzo łatwo i lekko się ją rozprowadza. Kosmetyk nadaje ustom połysk, ale myślę, że w przypadku używania nocnego (temu przecież produkt jest dedykowany) nie ma to znaczenia ;) Maska pachnie owocową gumą balonową, ale zapach nie jest w żaden sposób męczący, właściwie to czuć go wyłącznie w słoiczku i może odrobinę podczas nakładania... ;) Smaku niestety (lub "stety", zależy co kto lubi) nie posiada. 
A jak zatem z najważniejszym, czyli z dzianiem całonocnej maski do ust Laneige? Właściwie od razu po nałożeniu czuć sporą ulgę, ponieważ pokrywa ona wargi czymś w rodzaju kompresu (kładę grubą warstwę), w dodatku nie szczypie nawet jeśli ma kontakt z podrażnieniami lub rankami, o czym miałam okazję się przekonać właśnie podczas aktualnej "grypy" (lub cokolwiek to jest). Po przebudzeniu resztki maski, które się nie wchłonęły jeszcze tkwią na ustach, ale wystarczy umyć twarz, lub przetrzeć wargi płynem micelarnym, by ją usunąć. Kiedy już to zrobię, nawet wizualnie usta są w dużo lepszej kondycji. Moje uzyskują jednolity koloryt (mam ciemniejszą, jakby naczyniową plamkę na dolnej wardze), są pięknie wygładzone i utrzymują nawilżenie praktycznie przez cały dzień. Dużą zaletą jest dla mnie również to, że po jej użyciu nie odczuwam ciągłego "ściągnięcia". Regeneracja w sytuacji kryzysowej również stoi na wysokim poziomie, ponieważ widzę, że podczas jej stosowania (na dzień mam Nuxe, ale sam tym razem sobie nie radzi) w trakcie przeziębienia, wargi szybciej niż zwykle odzyskują swój utracony blask (a ja nie muszę stosować przepisanych przez dermatologa leków na AZS, które jeśli wierzyć ulotce - są średnio bezpieczne :P).
Ogólnie rzecz biorąc - jestem bardzo zadowolona z zakupu, i według mnie jej jedyne wady to cena (około 60zł na ebay, ale przy tej wydajności i wielkości opakowania chyba nie wychodzi tak źle), oraz fakt, iż jest ona słabo dostępna (jeśli jednak chcecie namiary na sprzedawców to dajcie znać w wiadomości prywatnej lub komentarzu). Z mojej perspektywy więc - jak najbardziej warto. Nieustające problemy z ustami są mniejsze, nierówny koloryt warg nie jest tak widoczny, jej stosowanie jest bardzo przyjemne i w dodatku normalnie ogranicza się do nakładania raz w ciągu doby (w dzień stosuję balsamy do ust jedynie podczas choroby). A Wy? Znacie Całonocną Maskę do Ust Laneige? Może czujecie się skuszone? Może niekoniecznie? A może polecicie mi jakieś własne hity do pielęgnacji ust? Dajcie znać, chętnie się z nimi zapoznam! ;*

sobota, 4 marca 2017

Lutowe nowości - czyli pokusy czają się wszędzie!

Ten post miał pojawić się wczoraj, ale niestety mój organizm powiedział "nie". Od środy siedzimy sobie z mężem na naszej czerwonej rogówce (tak, bo chorujemy razem) i kisimy się w swojej małej sypialni, kichając, kaszląc oraz smarcząc. A jak już zaplanowałam sobie: "post z nowościami będzie w piątek", to okazało się, że do tego wszystkiego dopadł mnie jeszcze paskudny, dwudniowy ból zatok (lub migrena, ciężko stwierdzić), który sprawiał, że właściwie chciało mi się jedynie spać. Z resztą nawet gdybym mogła coś napisać, to byłoby ciężko, ponieważ mój Rafał zrobił sobie z komputera użytek, i od kilku dni gra w różnego rodzaju dziwadła. Ogólnie rzecz biorąc - grypy nie polecam :P Przechodząc jednak do tematów kosmetycznych oraz wszelkiej maści lutowych nowości - trochę ich jest, z czego nie jestem zadowolona. Bardzo nie. (jednak z drugiej strony bardzo cieszą mnie te zakupy :P) Ale cóż poradzić jak z każdej strony kuszą promocje? Albo bardzo się chce kolejnego kosmetyku z dalekiej Azji, bo ponoć taki ekstra? (dołączenie do grupy na fb dotyczącej tej tematyki to zło, ciągle leci do mnie coś nowego) Moja silna wola jest słaba niestety :D I same zobaczcie jakie są tego efekty...
Jakoś zaraz na początku lutego, Douglas kusił promocją -25% na kosmetyki Dr Irena Eris Spa Resort. A że zakodowałam sobie, że Ewelina z Secretaddiction kusiła kiedyś serią Mauritius, nie wytrzymałam i złożyłam zamówienie. Do koszyka wpadł Nawilżający Balsam - Żel właśnie z linii Mauritius, nad którym chodziłam od Świąt Bożego Narodzenia (bo bosko pachnie i bardzo spodobała mi się jego konsystencja), oraz Spa Resort Hawaii Nektarowy Krem do Rąk, przeceniony o 55%. Cóż, okazja... :P Mam nadzieję, że będzie tak dobry, jak czytałam ;)
Kategoria "kosmetyki do ust" również znalazła swoich przedstawicieli. Za punkty uzbierane w programie lojalnościowym Dr Ireny Eris udało mi się dostać kolejny błyszczyk Shiny Lip Gloss Provoke, tym razem w odcieniu nr 7, Baby Pink. Wyjątkowo te błyszczyki lubię i często ich używam, więc bardzo cieszę się z kolejnego koloru. Jeśli jesteście nimi zainteresowane: tu znajdziecie pełną recenzję. Mam nadzieję wkrótce ją zaktualizować i dodać zdjęcia reszty posiadanych przeze mnie odcieni ;) Brnąc jednak dalej - w Walentynki w Inglot była promocja na produkty do ust, więc kupiłam świetną i dobrze już przeze mnie poznaną pomadkę w płynie HD Matte w odcieniu 26 (mam jeszcze 21 i 32, a na przyszły tydzień planuję ich recenzję). Przy okazji za 1zł dostałam jeszcze Konturówkę do Ust w odcieniu 501. Nie wiem z jakiej racji, ale dawali to wzięłam :P
W lutym zamówiłam też polecane przez Was gąbeczki Blend It!. Zdecydowałam się na pakiet dwóch przeznaczonych pod oczy. Jedną z nich wzięła moja mama, a z drugą zostałam ja. Faktycznie, pierwsze testy wypadły całkiem pomyślnie :) Dziękuję Wam za zwrócenie na nią mojej uwagi! ;* W lutym zużyłam również jeden z moich pudrów. A że życie nie znosi próżni, zaspokoiłam w końcu swoje dzikie żądze i zamówiłam The Oriental Moist Sun BB Pact Skin79. Nie wiem jeszcze jak będzie z działaniem, ale opakowanie robi wrażenie. Obrotowe lusterko, dobrej jakości puszek, welurowy pokrowiec, mniami! Mam nadzieję, że się nie zawiodę! ;) Jak wiecie, nazwa bloga (czyli Black Liner, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział :D) nie wzięła się znikąd i instytucja eyelinera pełni w moim makijażu bardzo ważną rolę. Zamówiłam więc w lutym swój ulubiony kosmetyk do tego przeznaczony, czyli L'oreal Super Liner Gel Intenza Pure Black. To moje czwarte lub piąte opakowanie i będą następne! Kolejnym dobrze mi znanym i szczerze przeze mnie kochanym produktem, jest Krem BB Hot Pink Skin79. Bezapelacyjnie go uwielbiam - to moje bodajże trzecie opakowanie. Po prostu zawsze muszę mieć go w domu! Pełną recenzję znajdziecie tutaj. Tym razem zdecydowałam się jednak na wersję w tubce :)
W lutym umyśliłam sobie również, że chyba trzeba wziąć się za swój starzejący się z lekka ryjek, i zacząć regularnie nakładać maseczki. A że zazwyczaj zmywanie ich idzie mi jak krew z nosa, postanowiłam nabyć przeznaczoną do tego Gąbeczkę. Jest o niebo lepiej ;) Z kolei na fali wzburzenia kolejnymi nieskutecznymi kosmetykami do demakijażu, postanowiłam zamówić też odświeżoną wersję mojej ukochanej pianki, czyli BB Cleanser Skin79. Jakoś do tej pory nie znalazłam nic lepszego, mam więc nadzieję, że nowa szata graficzna nie oznacza zmiany zawartości na gorsze... Nie wiem czy pamiętacie, ale w styczniu zakupiłam jedną z esencji marki Benton. Nie mogłam się zdecydować, czy wziąć tą, czy grzybkową, więc teraz dokupiłam jeszcze połączenie ślimaka z pszczółką, a mianowicie Snail Bee High Content Essence. Brawo ja! :P W lutym zdecydowałam się zamówić również nowość marki Skinfood, czyli Watery Berry Gel Cream. Bardzo lubię kremy tej firmy (ten najbardziej) i zazwyczaj zbierają one świetne opinie nie tylko u mnie, ale również i u mojej rodziny. Często je kupuję, więc teraz zobaczę, jak zda egzamin kolejny z nich ;) Nie wiem w jaki sposób przy moim stanie kosmetycznego posiadania mogło do tego dojść, ale zostałam bez żadnego kremu pod oczy :P W związku z tym zamówiłam sobie Orchid Eye Cream Innisfree, o którym naczytałam się wielu dobrych rzeczy. Mam więc nadzieję, że nie popsuję mu opinii. A tak w ramach dygresji... Nie wiem dlaczego azjatyckie kremy pod oczy są takie wielkie. Ten ma aż 30ml!
I to już wszystko, co trafiło do mnie tym razem. Może nie jest to zatrważająca ilość, ale nie jestem zadowolona, że tyle razy udało mi się ulec :P Pocieszam się tylko tym, że wiele rzeczy było mi potrzebne :D Znacie może któreś z moich nowości? Lubicie? A może niekoniecznie? Coś wpadło Wam w oko? Dajcie znać! :)
P.S. Wybaczcie ewentualne błędy lub niedociągnięcia, do zdrowych ostatnio nie należę :D
P.S.2 Mój brat i siostra cioteczna założyli razem bloga :) Jeśli mielibyście ochotę poczytać - zapraszam! http://pocztowkizcentrum.blogspot.com