środa, 30 września 2015

Wrześniowe miłości, czyli o ulubieńcach miesiąca

Ulubieńcy września nie stanowili dla mnie właściwie żadnego problemu, ani nie wymagali nawet najmniejszego zastanowienia. Od razu wiedziałam, co jest dobre, co spowodowało szybsze bicie serca, co się spodobało. Mam nadzieję, że tym razem chociaż post na liście czytelniczej się opublikuje, bo ostatnio niestety był z tym problem. Jeśli ktoś go nie widział, może to nadrobić tutaj. Temat w sumie całkiem fajny, bo akurat o zakupach ;) Abstrahując jeszcze na moment od głównego tematu - wiem, że ostatnio mało mnie na waszych blogach, ale nadrobię! Ostatnio mam naprawdę sporo innych zajęć, ale myślę, że do niedzieli wszystko powinno się unormować :) Dziękuję za uwagę i zapraszam do czytania! Dziś typowo luźniejszy post o ulubieńcach września :)
Mała rewolucja dokonała się u mnie w demakijażu twarzy. Zazwyczaj po nałożeniu kremu BB, uprawiałam wyższą kombinatorykę w celu zmycia ustrojstwa, wszak jak wiadomo, to niełatwe. Próbowałam już cudów na kiju wszelkiej maści, w końcu jednak odżałowałam, i kupiłam przeznaczony do tego produkt (jak już napisałam - leniwa się robię - chyba na starość). Zakupiłam Skin79 O2 BB Cleanser, czyli piankę do zmywania kremów BB. I cóż... Chyba nigdy nie miałam tak czystej twarzy! Używanie tego produktu jest proste, szybkie i przyjemne, a ja już nie muszę się gimnastykować z olejami, milionem produktów do demakijażu i innymi eksperymentalnymi metodami rodem z laboratorium chemicznego. Niebawem jej recenzja! Drugi hit to płyn micelarny Bioderma Sensibio H2O. Dobra, wiem. Mieli go już chyba wszyscy, poza mną. W końcu jednak i ja zapełniłam tę czarną dziurę w życiorysie blogera i otworzyłam butelkę, którą dostałam wraz z pudełkiem Inspired By Charlize Mystery. I co? Ano świetnie się u mnie sprawdza. Dobrze zmywa mój pancerny makijaż oczu, fajnie oczyszcza twarz rano, chyba lubię go bardziej niż Garniera...
Teraz odrobina makijażu... Dosłownie na samym początku września dostałam krem BB o niewymawialnej nazwie dr G. Gowoonsesang Brightening Balm BRIGHT+ Super Light. I cóż mogę powiedzieć... Jeśli chodzi o tą kategorię kosmetyków, to chyba trzeba będzie ustawić go na podium wraz z moimi ulubieńcami marki Skin79. Opakowanie jest może ciut brzydsze, ale zawartość? Jest świetna. Bardzo jasny kolor, świetne właściwości, skradł on moje serce bardzo szybko (również pewnie w ciągu miesiąca, dwóch pojawi się jego recenzja). Teraz pora na tusz do rzęs. Rzadko goszczą u mnie ich recenzje, rzadko mówię o ulubieńcach, totalnych porażek z kolei praktycznie nie mam. Po przeczytaniu wielu niezbyt przychylnych opinii, nie chciało mi się za bardzo otwierać MAC In Extreme Dimension 3D, jednak kiedy skończyły mi się zapasy, a on został samotny i ostatni w kolejce - otworzyłam. Otrzymałam bardzo dobry tusz, który świetnie wydłuża, fajnie pogrubia i w końcu się nie osypuje! Chwała mu za to. Nawet Pan w windzie uraczył mnie po jego użyciu komplementem, że takie piękne rzęsy to rzadko się zdarzają :D (fakt, są sztucznie pędzone na odżywkach :P ale to już moja tajemnica ;)). Ja polecam, mnie rzęs nie skleja :)
I hit nad hitami jeśli chodzi o pielęgnację paznokci. Moje skórki zawsze były męczące, paskudne, problematyczne i po prostu brzydkie jak noc listopadowa. Czy je wycinałam, czy nie. Po zakupie Sally Hansen Instant Cuticle Remover naprawdę się to zmieniło! W końcu wyglądają jak u kobiety, a ja nie muszę się z nimi męczyć tak, jak do tej pory. Naprawdę, jeśli jeszcze go nie próbowałyście, to kupcie. Używa go mój mąż, moja mama kupiła swój egzemplarz, jej podkrada go mój brat (generalnie mam w rodzinie zadbanych facetów) i wszyscy deklarują miłość temu niepozornemu preparatowi. Bardzo polecamy ;)
W kwestii ulubieńców - to już koniec :) Dajcie mi znać, czy też miałyście te produkty, czy je lubicie, oraz ewentualnie, czy ten nieszczęsny post opublikował się tam, gdzie powinien. Blogger chyba znowu u mnie szaleje, pomijam już to, że od kilku miesięcy, nikt nie może dodać mnie do swojego blogrolla :(
P.S. Na wszystkie otrzymane od Was wiadomości dziś odpowiem obiecuję! ;*
P.S.2 Dziś ostatnia szansa na udział w konkursie! klik

niedziela, 27 września 2015

Garść nowości (właściwie to cały koszyk) z września

We wrześniu promocje kusiły z prawej, i z lewej. W dodatku mój mąż, chyba z okazji dnia dobroci dla zwierząt (no, dla żony), zabrał mnie na wycieczkę do stolicy. Tam odwiedziłam Arkadię i Galerię Mokotów, wróciłam z kilkoma torbami (pełnymi ciuchów i kosmetyków) i świetnym humorem. Bo jeszcze chwila, a dosłownie nie miałabym w co się ubrać... Nie wiem czemu, ale jakoś mam coraz większy problem z zakupem jakiegoś sensownego odzienia :/ Ale wróćmy do głównego tematu, czyli kosmetyków! Co kupiłam w tym miesiącu? Zapraszam do oglądania, wszak znowu jest co ;) Taka karma jak widać :P
Zacznę może od łowów marki Skin79. Jakoś ostatnio dobrze mi się ich produktów używa, na żadnym jeszcze się nie zawiodłam, mam nadzieję, że dobra passa będzie trwać dalej. Do wirtualnych koszyków wpadły zatem Diamond The Prestige BB Cream (do którego gratis dostałam piankę o nazwie Lotus Mild Cleansing Foam, która jednak ponoć nie do końca nadaje się do oczyszczania twarzy typowo z kremów bb). Reszta to już łowy z różnej maści akcji promocyjnych. Snail Nutrition Ampule, czyli coś jakby serum na nasze, chodziło mi po głowie już bardzo długo... A kusili i kusili tymi rabatami, że w końcu skusili! Biedna Inga nie wytrzymała i kliknęła (wszak jej silna wola jest bardzo słaba, to mówiłam już nie raz, ot co!). To samo było z BB Cleanser O2. Kremów BB u mnie pod dostatkiem, więc w końcu lenistwo wzięło górę i zakupiłam piankę, która jest stricte do tego. Nie chciało mi się już bawić z olejami, wieloetapowym oczyszczaniem, cudami na kiju. Teraz pianka, micel i "cześć czas"! (jak to mawiała moja kumpela Zytka. Pozdrawiam!) Z Korei z kolei przyleciał do mnie puder Hologram Pearl Pact BB
Tutaj na zdjęciu zbieranina łowów wszelkiej maści :P Kolega prosto z Korei, po podróży pocztą lotniczą, to Dr Gowoonsesang Brightening Balm BRIGHT+ Super Light (jeżu, nigdy nie wiem, jak to się pisze. Podczas czytania pewnie połamałabym język. Kiedyś próbowałam przeliterować nazwę miasta, z jakiego przyleciała do mnie paczka, ale wymiękłam na tych wszystkich oaoeae...). Gratis do niego, były dwie miniaturki, które już zużyłam i jestem pod wrażeniem tego cuda! Dalej Płyn Micelarny Bioderma Sensibio H2O AR. Kupiłam go w pakiecie, za 43zł dwie sztuki, jedną zgarnęła mama, druga została mnie :) Do tego łowy z Warszawy: Kiko Lip Balm oraz żele antybakteryjne Bath&Body Works o zapachach Beautiful Day, Island Pink Pomelo, Fiji White Sands, Aqua Blossom oraz Ocean for Men (jak łatwo się domyśleć, zgarnął go mój mąż, do zdjęcia też nie chciał oddać :P Mimo tego, że jest męski, zapach jest bardzo ładny). Swoją drogą, może w końcu się przekonam, w czym tkwi fenomen tych cudeniek ;)
Na tym zdjęciu Warszawskich nabytków ciąg dalszy (wszak The Body Shop to teraz w Łodzi towar deficytowy :/). Jechałam po serię grejpfrutową, wyszłam z Mango Body Whip (czyli balsamem do ciała) i żelem Mango Shower Gel do kompletu. Blueberry Shower Gel, czyli żel jagodowy pod prysznic to zachciewajka mego mężusia. Nie wiem z jakiej racji, on nawet jagód nie lubi. Ale niech ma. Ciąg dalszy tego, z czym wyszłam z The Body Shop na kolejnym zdjęciu, wszak na jednym wszystko się nie zmieściło :P
Jak już pisałam, jechałam do stolicy z zamiarem zakupu czegoś grejpfrutowego :D I bez niczego wyjść ze sklepu nie mogłam! Nabyłam sobie zatem maleńki kremik do łapek Pink Grapefruit Hand Cream a moje wewnętrzne pożądanie zostało zaspokojone :P Wrzuciłam jeszcze do koszyka trzy mini masełka o zapachach Mojito (znowu mąż wybierał, mnie się ono średnio podoba), Fuji Green Tea oraz Honeymania i na całe szczęście wyszłam...
We wrześniu wpadłam też do Hebe. Trafiłam akurat na promocję produktów do włosów, których ceny było obniżone o 30 czy 40% (nie pamiętam), więc skusiłam się na moje dwie ulubione odżywki: Elseve Fibralogy Odżywka Ekspansja Gęstości oraz Nivea Long Repair Odżywka Odbudowująca. Idą one u mnie jak woda, więc im taniej, tym lepiej. Włosy mam długie, myję je codziennie, do włosomaniaczki bardzo mi daleko, więc lubię tego typu produkty. Tak nawiasem, włosy chyba są bardzo szczęśliwe z mojego lekko lekceważącego podejścia. Są błyszczące, nie puszą się, nie wypadają, nie rozdwajają, zero problemów :D Do koszyka wrzuciłam jeszcze wtedy zestaw do maseczek, który skutecznie zmotywował mnie do odkurzenia moich glinek. Do tego był jeszcze ChillBox (bardzo fajne pudełeczko, do obejrzenia tutaj) i amen, koniec zakupów!
Tutaj widać efekty współpracy z Costasy, które postanowiło sprezentować mi do testów produkty Lily Lolo. Jest to Prasowany Bronzer Miami Beach (już go uwielbiam!) pędzel Super Kabuki, BB Cream Fair, Naturalna szminka do Ust w nowym odcieniu Nude Allure oraz coś w sam raz dla bladych twarzy (nie znam chyba nic jaśniejszego! Ukłony dla marki :)) Podkład Mineralny w kolorze Porcelain. Testy już zaczęłam, jest obiecująco :)
Tutaj widać efekt mojego udziału w testach produktów marki Skin Chemists, organizowanych przez Tatianę z bloga Dobre dla Urody (swoją drogą, jeśli jeszcze nie znacie, to zajrzyjcie, są piękne zdjęcia i bardzo szczegółowe recenzje, warto!). Wybrałam i dostałam tzw. Retinol Serum, czyli serum retinolowe. Również testy są już rozpoczęte, kosmetyk przepięknie pachnie!
W przypływie wielkiego szczęścia (wszak normalnie do konkursów nie mam go za grosz), udało mi się wygrać tzw. nagrodę wyróżnienia. Była to zabawa, w której można było otrzymać sporo różnej maści miniaturek, ja otrzymałam zestaw ponoć wart 189zł, w skład którego wchodziły: Waterproof Eye Makeup Remover (czyli dwufaza do demakijażu oczu), They're Real Benefit (tusz do rzęs), Mini Palette Natural&Intense Sephora (paletka do makijażu, bardzo fajna dla mnie pod względem kolorystycznym), dziwne jajo o nazwie Kiss Me Sephora w kolorze Cotton Candy (niby do malowania ust) oraz Beauty Blender The Original w kolorze oczo*ebnego różu. Bardzo się z tej wygranej cieszę, zwłaszcza, że kiedy dostałam od Sephory maila, najpierw pomyślałam, że to spam, a potem, że chyba jednak brałam w czymś udział, i że uwierzę dopiero, jak zobaczę. A jednak kurier przywiózł mi pudełeczko z taką oto zawartością. Fajowo :)
Jak widać sporo tego, na szczęście nie wszystko kupione jest samodzielnie :D Znacie może któryś z produktów? Lubicie, a może nienawidzicie? Dajcie znać :) Jak chcecie, możecie podlinkować mi swój post zakupowy z września, jeśli takowy napisałyście ;) Miłej niedzieli! ;*

czwartek, 24 września 2015

Konkurs dwuokazyjny, czyli małe przypomnienie ;)

Dziś nie będzie recenzji, dziś będzie małe przypomnienie. W środę, 19 sierpnia, na moim blogu (jak to brzmi :D) został ogłoszony mały konkurs z dwóch okazji :) Jakich? Wyświetliliście moje małe miejsce w sieci aż 100 tysięcy razy i aż 600 z Was zostało ze mną na dłużej ;) Jeśli chcecie odebrać niewielką nagrodę z tej okazji, to zapraszam raz jeszcze do udziału w konkursie! Pytanie jest bardzo proste (wszak wystarczy jedynie podać nazwę ulubionego kosmetyku), a jeśli nie weźmiecie udziału, to z pewnością nie wygracie ;) Zauważyłam, że po takim małym przypomnieniu jeszcze sporo osób się zgłasza, a i na mnie samą działają one lepiej, niż stricte ogłoszenia o rozdaniach i konkursach (bo nie zauważyłam za pierwszym razem, bo mam jeszcze sporo czasu, bo jest długo, z pewnością będę pamiętać... A potem zaawansowana skleroza w połączeniu z roztrzepaniem na poziomie "max" dają o sobie znać, ja zapominam i klops. Nawet nie spróbowałam! ;)) Zapraszam zatem raz jeszcze do wzięcia udziału i życzę Wam miłego dnia! ;*

Powodzenia!

Wszelkie szczegóły dotyczące konkursu trwającego do końca września, są do odnalezienia pod tym linkiem: KONKURS


poniedziałek, 21 września 2015

Sephora Supreme Cleansing Oil, czyli historia o olejku, który niezbyt przypadł mi do gustu

Demakijaż olejami i olejkami wszelkiej maści, nie jest dla mnie niczym obcym. Któregoś pięknego dnia, zachciało mi się powrotu do korzeni i zakupu jakiegoś produktu tego typu. A że mój mąż akurat wołał pomocy w sprawie swoich zaskórników i pryszczy (ja nie wiem jak on to robi, ale mimo wieku, leczenia dermatologicznego i cudów wszelkiej maści, trądzik i przetłuszczanie cery zupełnie nie chce się unormować), wymyśliłam, że złożę zamówienie w Sephorze. Jemu kupię maseczkę polecaną w wielu miejscach, i coś jeszcze, a sobie owy olejek, z racji promocji 2+1. Jak wyszłam na tym interesie? Zapraszam do czytania!
Olejek Sephora znajduje się w buteleczce z zielonego plastiku (produkt jest bezbarwny). Napisy się nie ścierają, pompka działa przyzwoicie, ale tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt... Butelka przecieka! Specyfik pojechał ze mną na wakacje, w torbie Zoeva, ustawiony pionowo. Po powrocie, ku mojemu zdziwieniu, zastałam ją całą zalaną olejkiem :/ Całe szczęście jest ona wyłożona folią, ale i tak czułam, że w trakcie sprzątania, poziom irytacji niebezpiecznie wzrasta... Myslałam, że może jest niedokręcona, albo trafiłam na felerny egzemplarz, ale nic z tych rzeczy! Wchodzę sobie na powszechnie już chyba znany wizaż, oglądam w KWC recenzje tego cuda (ocena 4 z kawałkiem, za co?!) i czytam, że nie tylko mój przecieka :/ Czyli taka uroda tego cuda... 
Brnąc w temat Supreme Cleansing Oil, warto wspomnieć, że na pierwszym miejscu w składzie widnieje olej mineralny. Czyli powszechnie znana i wcale nielubiana parafina. Olejek kupowałam przez internet i nie chciało mi się go zwracać, ale nie ucieszyło mnie to specjalnie... Mimo wszystko, uznałam, że będę go używała i szkód jako takich on u mnie nie narobił. Zapach olejku jest bardzo delikatny, cytrusowy i dość przyjemny, ale rzadko mam okazję go poczuć, ze względu na tę subtelność i mój odwieczny katar. Z wydajnością też jest jakoś średnio różowo. Właściwie zużyłam te 190ml w 6 tygodni, wylewając codziennie po dwie pompki na Rossmannową gąbeczkę z PCV.
Na twarzy, rozprowadza się palcami wyjątkowo źle (przynajmniej mnie). Muszę się namęczyć najpierw żeby go rozprowadzić i zmyć makijaż, potem żeby go spłukać. Dlatego zdecydowałam się na zakup małego akcesorium, jakim jest gąbeczka. Ona znacznie ułatwia pracę z tym produktem, nagle olejek i rozprowadza, i zmywa się dużo lepiej. Makijaż twarzy znika w towarzystwie Supreme Cleansing Oil dość szybko, jednak nad tuszem i kreską eyelinerem muszę trochę popracować, w dodatku zdarza mu się je tylko rozmazać (co również niesamowicie mnie irytuje, nienawidzę tego). W ramach podsumowania - makijaż twarzy zmywa nieźle, z oczami radzi sobie średnio. Na plus trzeba jednak zaliczyć to, że nie szczypie nie i pozostawia na moich soczewkach mgły (są jednodniowe, i tak wyrzucam je wieczorem, więc zmywam w nich makijaż :P). Nawilżenie po użyciu jest raczej względne, myślę że powłoka z parafiny skutecznie mami nas, że cera wygląda lepiej. Po jej zmyciu nagle twarz wygląda tak samo. Ta przyjemność kosztuje nas całe 39zł.
Generalnie, powiedziałabym, że olejek Sephory skutecznie podnosił poziom mojej irytacji codziennie wieczorem. Z racji tego, że właściwie nie byłam też pewna, czy do końca zmył makijaż, a w jego składzie kryło się mnóstwo parafiny, jakoś nie potrafiłam mu zaufać, i twarz zmywałam jeszcze pianką. No u mnie się on nie sprawdził... Nie polubiliśmy się, nie spodobał mi się skład, sposób użycia, opakowanie, ja niestety jestem na nie, ale może u Was było lepiej? Dajcie znać! :) 

czwartek, 17 września 2015

ChillBox na wrzesień, czyli o pudełeczku z ciekawą zawartością (z Azją w tle)

Dziś będzie o moim pierwszym Chillboxie. Z reguły z rezerwą podchodzę do nowych boxów, ale tutaj jednak skusiło mnie parę rzeczy ;) Chill zawsze dobra rzecz - a stresów jakoś u mnie dużo, choć niby nie powinno. W dodatku wewnątrz miało się znaleźć coś właściwie już od bardzo dawna przeze mnie pożądanego (ale o tym później...). Zapraszam więc do oglądania, co tam ciekawego nasze Anie, Wiola i Ola przygotowały dla nas ciekawego w tym miesiącu ;)
Pudło, które dostajemy jest dość duże i stosunkowo ciężkie (mój brat, który ciągle odbiera paczki już ma mnie dość :P Pozdrawiam Cię serdecznie! ;*) Gdy je otworzymy, naszym oczom ukazuje się dobrze zabezpieczona zawartość... (i chwała Dziewczynom za to!) Zacznę może od sprawcy całego zamieszania, czyli Maski Różanej Skin79. Wiadomo nie od dziś - markę wyjątkowo lubię. Niby to nic super hiper ekstra, do Diora im daleko, ale w moim odczuciu te produkty mają w sobie duży potencjał. A że kocham też róże (miałam je nawet w wiązance ślubnej ;)), nie mogłam przepuścić takiej okazji. Zwłaszcza, że maseczka chodziła mi po głowie na długo przed pojawieniem się u nas w kraju dystrybutora marki! W ten oto nietypowy sposób, stałam się szczęśliwą posiadaczką czegoś w rodzaju sleeping pack'u, który ma nawilżyć, ukoić, oczywiście rozjaśnić (a jakże!) i nawet rozpuścić martwy naskórek, dzięki zawartości kwasów AHA. Producent pomyślał nawet o specjalnej łyżeczce do kosmetyku ;) Mam nadzieję, że maseczka będzie działać tak samo świetnie, jak brzmi opis, ale o tym już innym razem... ;) Jej cena w karcie to 70zł.
Drugim, znany wcześniej produktem, jest Olej Arganowy Biotanic. Pewnie nie uwierzycie, ale ja, od półtora roku blogerka, nie miałam do tej pory czystego oleju arganowego. Ignorancja w najwyższej postaci :D A jak wiadomo, to dobra i uniwersalna rzecz, z pewnością zużyję go do włosów, ciała, twarzy, bądź paznokci. Działanie oleju chyba wszyscy znają, więc nie będę się powtarzać ;) Jego koszt określony jest na 46zł. Dobry wybór! Trzecią pozycją była książka "Historie Filmowe" Carole Mortimer. Nie wiem, czy jest to do końca mój ulubiony gatunek, ale może, w przypływie wielkiej nudy, przeczytam ;) Jeśli nie, jest w rodzinie tyle moli książkowych, że z pewnością znajdzie się na nią jakiś amator :) Tutaj mamy opowieść o reżyserze, chcącym przenieść na ekran bestseller "Nie całkiem zwyczajny chłopiec" i próbuje ustalić jaki autor kryje się pod pseudonimem. Cena z okładki wynosi 34.99zł. Kolejną propozycją kosmetyczną jest żel pod prysznic Born to Bio. I w moim przypadku jest to absolutny strzał w dziesiątkę! Nie dość, że idealny zapach (mango <3), to jeszcze zero chemii (której nie mogę zbytnio używać ze względu na chorobę skóry, ostatnio odzwyczaiłam też męża, i również wyszło mu na dobre). Bardzo mi się podoba, serio. I z chęcią zużyjemy go z mężem, zwłaszcza, że już dawno temu zwróciłam na tę markę uwagę :) Cena podana w karcie wynosi 18.01zł.
Piątym produktem w pudełeczku był batonik Aloha - Zmiany Zmiany. Nie zawiera on cukru, polepszaczy, nadaje się dla osób na diecie, nie tolerujących glutenu i wegan. Tylko wiecie co? Według mnie, jest średnio dobry :D Mocno czuć w nim rodzynki, których ja nie lubię (ale ja jestem smakowym dziwadłem, to wiedzą wszyscy w rodzinie nie od dziś). Jeśli więc rodzynki tolerujecie, pewnie zasmakuje Wam i ten batonik. Ja pół zjadłam, pół oddałam ;) Producent życzy sobie za niego 6.99zł ;) I ostatnia rzecz z sześciu obiecanych - Słoiczek z Uchwytem, w moim przypadku w kolorze eleganckiego granatu. Mignął mi gdzieś komentarz "przecież to już niemodne". Dobra, nie należę i nigdy nie należałam do ludzi modnych, mnie się strasznie podoba i będę używać. Cieszę się, że trafiłam akurat na edycję, gdzie on się znalazł ;) Cena: 18.95zł. Do tego Chillbox sprezentował nam jeszcze 5-gramową miniaturkę kremu BB z mojej ostatniej recenzji (Skin79 Snail Nutrition), pakiet próbek, oraz pulę rabatów. Taniej możemy zrobić zakupy w Pracowni Twórczej Zuzia Górska, w Kolonii12, oraz sklepie Skin79. Całość kosztowała 89zł.
Powiem Wam tak w ramach podsumowania, że mnie się to pudełko podoba. Niewypał w postaci batona mogę całkowicie przemilczeć i cieszyć się z reszty, wszak jest naprawdę na poziomie... Ja do Chillbox'a jeszcze wrócę, i to chyba już niedługo... Ponoć w październiku wewnątrz ma znaleźć się peeling marki Skin79! A Wy co o nim myślicie? A może zdecydowałyście się na swoje? Bo niestety Box już nie jest do kupienia, teraz zamówić można jedynie edycję na przyszły miesiąc - z peelingiem! ;)

poniedziałek, 14 września 2015

Skin79 Snail Nutrition BB Cream, czyli o kolejnym azjatyckim specyfiku z mojej kolekcji

Krem Skin79 Snail Nutrition BB Cream mam już dość długo... Do jego recenzji podchodziłam jednak jak "pies do jeża", w dodatku zupełnie bez powodu ;) W związku z tym, że mój egzemplarz był kupiony przed pierwszym kwartałem tego roku, posiada jeszcze stare logo (które moim skromnym zdaniem było ładniejsze ;)). Nowe, aktualne, możecie obejrzeć w tej recenzji :) Po tym krótkim wstępie, zapraszam do czytania!
Tak jak już pisałam, nie jestem w kwestii kremów BB świeżynką, używam ich od około 5 lat, czyli długo zanim nawet zaczęłam myśleć o założeniu bloga :D Przerobiłam około dziesięciu pełnowymiarowych opakowań, masę próbek i kilka miniaturek. Do tych specyfików tak ciągnęła mnie głównie stosunkowo jasna gama odcieni, dobre krycie, które lubię i potencjalne właściwości pielęgnacyjne. Konkretnie ten egzemplarz, ma być specyfikiem typowo odżywczym (zawiera 45% śluzu koreańskiego ślimaka), działać rozjaśniająco, kojąco i przeciwzmarszczkowo. Co za tym idzie, najlepiej będzie nadawał się dla cer wrażliwych, suchych i z problemami. 
Krem BB Skin79 zapakowany jest w elegancki, złoty kartonik. W jego wnętrzu ukryte jest białoperłowe opakowanie, z odrobinę innymi nadrukami, niż cała reszta kremów marki. Napisy generalnie trzymają się opakowania, jednak potrafią się lekko zetrzeć z czasem. Buteleczka zawiera 40g kremu. Pompka w jego przypadku działa sprawnie, ale pod koniec opakowania niestety zaczyna lekko strzelać. Sroczki będą usatysfakcjonowane :) Trzeba też pamiętać, że takie kremy bb są bardzo wydajne, i przy codziennym stosowaniu wystarczają na około 6 miesięcy.
Ten krem BB jest chyba najładniej pachnącym ze wszystkich tej marki, jakie miałam okazję stosować. Aromat kwiatów jest tu wyczuwalny bardzo mocno, w dodatku towarzyszy nam dłużej, niż jedynie podczas nakładania. Mimo to, absolutnie mi to nie przeszkadzało :) Co do nakładania... Najlepiej robić to dłońmi, delikatnie rozgrzewając kosmetyk w palcach. Chyba nic innego nie poradzi sobie z tym tak dobrze, jak nasze własne rączki ;) Cała pompka to czasem ciut za dużo, warto więc uważać przy dozowaniu kosmetyku. Lepiej nałożyć dwie cieniutkie warstwy, niż jedną grubą! ;)
Konsystencja kosmetyku jest rzadsza niż popularnego w Polsce Hot Pink. Mimo to, nie spływa z palców i nie sprawia problemów podczas nakładania. Kolor, mimo że na zdjęciu wygląda na dość ciemny, po nałożeniu na twarz jaśnieje i pięknie rozświetla, nawet moją, mającą tendencję do szarego kolorytu cerę. Jest to stosunkowo jasny beż, ale wpada on w różowe tony. Czyli do mnie jak najbardziej pasuje, mimo bladej karnacji. Wykończenie Snail Nutrition to typowy, mokry glow, tak uwielbiany przez azjatki. Powiem szczerze, że ja też już się do niego przekonałam, jestem fanką rozświetlenia, nigdy nie matowiłam skóry i pewnie nie będę tego robić - ale wiadomo, upodobania są różne ;) Krem w ciągu dnia nie ciemnieje, a nawet również jak w przypadku Hot Pink wydaje mi się, że lekko jaśnieje. Od momentu nałożenia ładnie i mocno adaptuje się do naszego odcienia skóry. Warto też wspomnieć, że posiada Spf 45 PA+++.
Trwałość jest bardzo przyzwoita, nie ściera się, jednak potrafi ubrudzić np. telefon, odbijając się na jego powierzchni. Cóż, życie ;) Puder załatwia jednak ten mały problem :P Krycie jest bardzo dobre. Wszelkie niedoskonałości, zaczerwienienia i cienie, znikają pod kołderką z kremu. Jak każdego BB, używałam go także jako korektora pod oczy, i nie dość, że dobrze je ukrył, to jeszcze nie sprawił mi żadnych przykrych niespodzianek. Często poruszaną kwestią w przypadku kremów BB jest zapychanie. U mnie nie powodują one wysypu niedoskonałości, ale warto wspomnieć, że nie mam do tego tendencji i przykładam się do demakijażu (najpierw olejek, potem pianka, tonik i dopiero przystępuję do pielęgnacji).  Przy odpowiednim oczyszczeniu naszej cery, nic nie powinno się zdarzyć ;) Jedyny defekt, który zaobserwowałam - gdy nałożymy go zbyt wiele, potrafi osadzić się w zmarszczkach i załamaniach ;) (jednocześnie nie podkreślając porów i nierówności). Ale dla mnie nie jest to duży feler, łatwo można go wyeliminować ograniczając ilość BB, lub nakładając puder.
Właściwości, które są opisywane przez producenta kremu jako "zatrzymywanie wilgoci w skórze", chyba faktycznie mają miejsce. Zapomniałam już co to przesuszona cera i z racji na świetną pielęgnację, jaką ostatnio uraczył mnie Norel, jak i dobrze dobraną kolorówkę. Co do wygładzenia, ujędrnienia, dodania skórze blasku przez krem BB i inne cudowne własności - raczej włóżmy to między bajki, chyba żaden kosmetyk kolorowy nie jest w stanie tego dokonać ;) Sporą przeszkodą dla wielu osób może być też cena. 99zł piechotą nie chodzi, wiadomo, nie jest to odżywka do włosów za 7 ;) Przy takiej wydajności i działaniu, jak najbardziej jednak warto się skusić. A jeśli nie na ten, to marka ma wiele innych kremów BB, które warto poznać (stosowałam już ten, Vip Gold, Hot Pink i Orange, niedawno doleciał też do mnie Diamond. Miłości nie było jedynie z tym pomarańczowym ;)). Ułatwiono nam też znacząco zadanie z ich zamówieniem i można je kupić w Polsce, w dwóch sklepach internetowych. 
Miałyście okazję używać jakiegoś kremu BB marki? A może poznałyście konkretnie tę wersję? Dajcie znać! Jak minął Wam weekend? Mnie dopadła jelitówka :P A tak się śmiałam, jak babcia wpadła z newsem, że panuje u nas w mieście :D Za to sama się pochorowałam, wymiotuję i umieram drugi dzień ;) Wy się trzymajcie, bo to bardzo niefajne! Za to na pocieszenie doleciał drobiazg z Ebay :D 
P.S. Proszę też zwrócić uwagę na przepiękny kwiat występujący w towarzystwie kremu! Moja mama była z niego tak dumna, że sama przyszła, żebym zrobiła z nim zdjęcie "czegoś", bo jest taki śliczny ;) Ale fakt, 20cm hibiskusy nie rosną w każdym ogródku :D

czwartek, 10 września 2015

Stenders "Feel the Fruitiness!", czyli body lotion o zapachu melona

Powiem Wam, że dziś w nocy, po raz pierwszy tak bardzo poczułam jesień. Śpię sobie spokojnie na mojej panieńsko-małżeńskiej czerwonej rogówce, a tu około 4:00 budzi mnie kot. Z uporem maniaka wpychał się on obok mojej twarzy pod kołdrę. Latem tego nie robi, więc pierwsze co pomyślałam: "oho, idzie sezon zimowy" (wszak ona całą jesień i zimę śpi w łóżku, wiosną obraża się na kilka miesięcy, a potem i tak wraca z podkulonym ogonem do nas ;)). Zaraz potem słyszę, że załącza się piec, więc temperatura musiała spaść poniżej pożądanego poziomu. Pierwszy raz w tym roku. Przypomniała mi się jeszcze zasłyszana prognoza pogody, w której mówili, że w nocy ma być 8 stopni i zasnęłam. Cóż, jak już nawet kot czuje jesień, to znaczy, że przyszła i zadomowiła się na dobre ;) Ciekawe, czy jeszcze choćby na chwilę przegoni ją lato? Zobaczymy :) Po tym przydługim, może lekko nostalgicznym wstępie, zapraszam Was na recenzję jeszcze bardzo letniego lotionu Stenders "Feel the Fruitiliness!" Body Lotion o zapachu Melona. Chyli się on już dość mocno ku końcowi, pora na opisanie wrażeń więc w sam raz :)
Lotion umieszczony jest w bardzo dobrej jakościowo, papierowej tubie. (U mnie posłużyła ona teraz jako pojemnik na waciki :P Całkiem nieźle się do tego nadaje ;)) Gdy ją otworzymy, znajdziemy wewnątrz zwykłą plastikową butelkę z pompką. Działa ona całkiem przyzwoicie, nie strzela, nie zacina się, można ją otworzyć, zamknąć, czyli generalnie standard :P Naklejka jest z folii, więc podczas używania nie niszczy się i nie schodzi (nienawidzę tego, więc bardzo zwracam na to uwagę). Jeśli ktoś lubi takie opakowania - będzie zadowolony. To jest porządne i higieniczne (choć pod względem wygody - wolę słoiki). Na zużycie całości, czyli 250ml, mamy 12 miesięcy. 
Konsystencja lotionu jest stosunkowo rzadka, no ale w gruncie rzeczy, taka miała być ;) Nie sprawia jednak problemów w aplikacji, jest wygodna i przyjemna w użyciu. Jej kolor wcale nie jest zielony, jak wydaje się przez butelkę, tylko zwykły - biały. Wchłania się dość szybko, więc ja, panna niecierpliwa, nie muszę czekać zbyt długo. Pachnie ładnie i naturalnie. Zapach mi się podoba, choć w pierwszej chwili po otwarciu poczułam się zawiedziona. Dlaczego? Jest to melon, ale gdzieś daleko, bardzo delikatnie, wyczuwam tu coś innego. Z czasem jednak się przyzwyczaiłam, aromat polubiłam, ale coś mi w nim w pierwszej chwili jednak nie zagrało (a w sklepie tego nie poczułam ;)). Zapach nie jest męczący i dość szybko znika.
Wydajność lotionu w moim przypadku była bardzo średnia. W oczach widziałam jak znikał, mimo że tego typu specyfiki starczają mi na dość długo. Do posmarowania całego ciała potrzebowałam od 10 do 12 pompek. Przy moim używaniu starczył mi na około miesiąc wieczornego stosowania (a ja używam, używam, potem raz zapomnę, znowu używam, itd.). Przy regularnej cenie 59.90 chyba nie ma rewelacji (ja kupiłam go na otwarciu Stenders w Manufakturze, miałam bodajże 30% rabat). Dużą zaletą może być też w miarę naturalny skład.
Co z działaniem? Rano po nałożeniu lotionu, moja wymagająca, skłonna do przesuszeń skóra, była wygładzona i nawilżona na przyzwoitym poziomie. Nie łuszczyła się, była ukojona, jednak już wieczorem, widać było, że chce (zwłaszcza na łydkach) kolejnej dawki lotionu. Nie liczyłam oczywiście, że będzie to specyfik typu "raz w tygodniu", ale bywały produkty, po których moja skóra lepiej utrzymywała się w dobrej kondycji. Podsumowując jego działanie - jest to specyfik  do codziennego stosowania, bardzo dobry na okres, kiedy nasza skóra nie potrzebuje zbyt dużej dawki nawilżenia i odżywienia. I zdradzę Wam, że właśnie tego się po nim spodziewałam ;) Czy jeszcze do niego wrócę? Powiem szczerze, że nie wiem :)
Miałyście kiedyś okazję wypróbować jakiś body lotion marki? A może polecacie inne produkty? Ja mam do przetestowania jeszcze kilka, które otrzymałam już w ramach prezentu na otwarciu butiku, jestem bardzo ciekawa, jak one się sprawdzą! ;) Zapraszam też tutaj ;)

poniedziałek, 7 września 2015

Norel Dr Wilsz Face Rejuve, Emulsja Żurawinowa Rozświetlająca pod oczy i na powieki oraz kulisy sesji

Przed wakacjami, czyli już strasznie dawno temu, miałam okazję poznać kosmetyki marki Norel Dr Wilsz. Było o serum, było o kremie, nadeszła więc pora, by przedstawić Wam już ostatni kosmetyk, który otrzymałam do testów (w ramach akcji "Podziel się postem" na facebooku marki https://www.facebook.com/NorelKosmetyki). Jest to Emulsja Żurawinowa Rozświetlająca pod oczy i na powieki (Illuminating Cranberry Emulsion under eyes and on eyelids - tak z angielska ;)) z linii Face Rejuve. Czy ze specyfiku pod oczy byłam tak samo zadowolona jak z reszty? Wszak nie od dziś wiadomo, że to trudna w pielęgnacji okolica. Zapraszam zatem do czytania!
Norel stworzył emulsję mającą za zadanie regenerować i rozświetlać skórę wokół oczu. Jest ona bezzapachowa, o bogatej konsystencji i doskonałej wchłanialności. Liftinguje i redukuje zmarszczki mimiczne, poprzez rozluźnienie mikronaprężeń w skórze. Spowalnia też procesy starzenia, poprawia jędrność, a skóra zyskuje jędrność, elastyczność i promienny wygląd. Kosmetyk zawiera między innymi: wyciąg z żurawiny, żeń-szeń brazylijski, PEPHA-TIGHT, wit. E i hialuronian sodu. Tego wszystkiego możemy dowiedzieć się z opakowania. A co dalej? 
Emulsja zamknięta jest w szklanej, dość ciężkiej buteleczce z matowego szkła (posiada jeszcze "przykrywkę", ale widać ją dopiero na dalszych zdjęciach). Opakowanie zawiera całe 30ml a pompka działa naprawdę bardzo sprawnie. Możemy dozować sobie kosmetyk jak nam się podoba, wycisnąć cała, lub połowę bez żadnych kombinacji. Z buteleczki nie ścierają się napisy, ale jednak udało mi się ją przypadkiem porysować ;) Wszystko spakowane jest do eleganckiego kartonika, w którym znajdziemy jeszcze próbkę innego kosmetyku z serii Face Rejuve.
Kolor emulsji w opakowaniu wydaje się lekko różowy, jednak po wyciśnięciu na rękę okazuje się biały. Mimo, że specyfik miał być bezzapachowy, wyczuwam bardzo delikatny, ale przyjemny aromat. Znika on jednak błyskawicznie. Konsystencja jest lekka, bardzo przyjemna, przypomina właśnie dość gęstą emulsję. Nie leje się po ręce i absolutnie nie ma problemu z jej rozsmarowywaniem. Na oczy i powieki wystarcza mi trochę ponad pół pompki. Kosmetyk wchłania się szybko, nie lepi się, pozostawia za to po sobie przyjemne uczucie nawilżenia i wygładzenia. Wydajność jest iście szalona! Stosuję ją od czerwca, jest wrzesień a ja nie mogę dobić do połowy (używam jej wieczorem)! Z pewnością starczy mi na około 6 miesięcy, więc te 64 złote, które trzeba na nią wydać, już tak nie boli ;)
Jak działa? Jak już wspomniałam - doraźnie otrzymujemy uczucie nawilżenia, ulgę, wygładzenie i okolice oczu wyglądają jakoś tak ładniej (chyba za sprawą rozświetlenia). Na dłuższą metę, dzięki solidnej dawce nawilżenia, którą nam zapewnia, całkiem przyzwoicie "prasuje" moje 26-letnie linie mimiczne pod oczami (no chyba, że to za sprawą tego "rozluźniania mikronaprężeń w skórze", które obiecuje na opakowaniu producent ;)). W każdym razie, coś działa. Cienie pod oczami zawsze miałam niewielkie, jednak bywał czas, kiedy ja, etatowy anemik, chodziłam z szarosinymi podkowami pod oczami. Teraz pod krem BB nie muszę używać korektora, a i tak nie straszę ludzi. Czy spowalnia procesy starzenia? (tak obiecuje Norel) - nie wiem :D  W każdym razie, skóra wygląda podczas stosowania bardzo dobrze i to mi wystarcza. Gdy nie użyjemy kosmetyku przez dwa - trzy dni, również nie prezentujemy się od razu gorzej. Emulsja daje więc efekt długofalowy, dłuższy niż na 24 godziny ;) Podsumowując moją przygodę z kosmetykami Norel, powiem tylko, że bardzo je polubiłam i cieszę się, że miałam okazję je poznać. Gdybyście chcieli kupić sobie taki specyfik, to znajdziecie go tutaj: http://sklep.norel.pl/index.php?pg=productdetail&c=8044&p=100856 (chyba zmieniono szatę graficzną).
A teraz obiecane kulisy sesji...
Tymczasem gdzieś niedaleko, po drugiej stronie parapetu:
Rozetka to kot kochający aparat fotograficzny. Wszak zdjęcie bez Rozetki jest zdjęciem straconym. Aby również była szczęśliwa, dostała swą wyczekaną sesję ;)
Czy koty też wiecznie wchodzą Wam przed obiektyw? ;) Miałyście może okazję testować jakieś kosmetyki marki Norel? A może również macie tą emulsję? Dajcie znać!

Zapraszam też do udziału w konkursie!

czwartek, 3 września 2015

Ulubieńcy sierpnia ;)

Sierpień tego roku był trudny i mało sprzyjający dla antyfanów upałów (w tym mnie oczywiście). Temperatury sięgające 40 stopni w cieniu, długie dni i niewiele chłodniejsze noce jakoś wyjątkowo dawały mi w kość ;) Nie myślałam zatem zbytnio o kosmetykach, pielęgnację i makijaż ograniczyłam do niezbędnego minimum, stawiając przy okazji na kosmetyki lekkie, pachnące, wielofunkcyjne i przyjemne w użytkowaniu. Zapraszam zatem do czytania i oglądania co podbiło moje serce!
Zacznę może od produktu, który w tym miesiącu naprawdę uratował mi życie ;) Na przełomie lipca i sierpnia pojechałam z mężem do Bułgarii. Przed tym wyjazdem kupiłam sobie antyperspirant - paskudnika marki Garnier (Invisi-Clear). Wywołał on u mnie takie swędzenie i podrażnienia, że rzuciłam go w kąt po tygodniu i zaczęłam zastanawiać się co dalej. Moją ukochaną Rexonę wycofali - stąd te problemy. Zaczęłam intensywnie myśleć, co Dziewczyny polecają na swoich blogach i przypomniało mi się o Vichy. Znalazłam tanią aptekę internetową, zamówiłam, a następnego dnia miałam go w rękach. I co? I wybawienie! Vichy 48h Anti-Perspirant Treatment nie wywołał u mnie podrażnień, swędzenia i chronił nawet w największe upały (ale też ja naprawdę nie pocę się mocno). Chyba szybko znalazłam kolejnego ulubieńca! Nie będę już płakać po Rexonie. 
Sierpniowe upały szczególnie sprzyjały też chłodnym prysznicom :D Towarzyszyła mi podczas nich Pianka do Mycia Ciała Organique o zapachu greckim. Otrzymałam ją na spotkaniu Klubu Organique już dawno temu, na którym byłam wraz z Eweliną K. Dopiero teraz ją wyciągnęłam i jestem tak samo zadowolona jak z wersji kolonialnej. Oferuje nam piękny zapach, działa w sposób delikatny dla skóry, ma przyzwoitą wydajność i zapewnia przyjemność użytkowania. Ja nie chcę nic więcej ;)
W kwestii pielęgnacji ciała postawiłam wyłącznie na Aloe 99% Soothing Gel Holika Holika. Jest po prostu świetny, i to w dodatku do wszystkiego. Do ciała, włosów, twarzy, wszystko świetnie nawilżał i wygładzał, w dodatku pachnie niczym połączenie aloesu i ogórka. Kupię z pewnością kolejne opakowanie! Na lato jest po prostu idealny. Ciekawe, czy zimą sprawdziłby się tak samo dobrze... Ale warto wiedzieć, że można go dodać np. do masła do ciała, aby wzmocnić jego działanie. Kolejnym ulubionym kosmetykiem stał się krem bb Snail Nutrition BB Cream Skin79, który posiadam nie od dziś (dlatego ma jeszcze stare logo, zmieniło się ono w pierwszym półroczu 2015 roku). Mamy tu dobre krycie, przyzwoity filtr, ładny kolor i brak wysuszenia (zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że nawilża). Właściwie to wraz z tuszem do rzęs i różem do policzków stanowił w sierpniu cały mój makijaż... 
Jak zniosłyście tegoroczne upały? Co okazało się Waszymi faworytami w minionym miesiącu? Znacie może któryś z moich ulubionych kosmetyków? Dajcie znać! :) Zapraszam też serdecznie do wzięcia udziału w konkursie ;)